Europejskimi królestwami romańszczyzny są Niemcy, Francja, Włochy - ale niezwykłe i fascynujące budowle można znaleźć też na Słowacji, Węgrzech, a nawet w Transylwanii. Z jednej strony są majestatyczne katedry romańskie pamiętające czasy kształtowania się kultury kontynentu, z drugiej - niewielkie świątynki zapomniane przez historię. Ale także w cieniu wielkich bazylik kryje się niejedno zaskoczenie.
Podążamy szlakami jednych i drugich - zapraszamy Was zatem we wspólną podróż śladami europejskiej romańszczyzny - zarówno tej monumentalnej, jak i tej nieoczywistej.
Galeria będzie rosła wraz z kolejnymi wyprawami. A zatem - w drogę!
Na Kretę pojechaliśmy odpocząć po wyczerpującym lecie, które zeszło nam na ekspresowym pisaniu książki. Wyobrażaliśmy sobie, że będziemy leżeć na plaży, popijając drinki z palemką, ewentualnie ouzo lub greckie wino i przegryzając oliwkami wpatrywać się w Morze Śródziemne. Cóż, nie wyszło, co z resztą dało się przewidzieć. Jak zwykle zew przygody kazał nam ruszyć w teren w celu poszukiwania zabytków romańskich. I nawet coś znaleźliśmy...
Chania to jedno z większych miast na Krecie - i jedno z najbardziej urokliwych. Marina, wenecki port, turecka łaźnia, wąski uliczki, którymi przemykają koty, restauracyjki na nabrzeżu serwujące ryby, owoce morza i jedyną na świecie sałatkę - sałatkę grecką. Do pełnego szczęścia brakuje tylko romańskich zabytków. Jest jeden - stan wakacyjnego zadowolenia został osiągnięty.
Pofranciszkański kościół pod wezwaniem św. Franciszka łatwo przegapić. Jego niepozorna fasada wtapia się w ciąg kamieniczek i tylko wystająca ponad poziom wieża sugeruje, że za drzwiami znajduje się kościół. Historia kościoła nie jest zbyt dobrze poznana, jedyne, co o nim wiadomo, to że stał już w czasach wielkiego trzęsienia ziemi pod koniec XVI wieku (stąd znaleźć można niekiedy informacje, że pochodzi z XVI wieku, jako że z tego okresu pochodzi pierwsza wzmianka o nim), zatem jego datowanie nie jest pewne. Szukając informacji na jego temat znaleźliśmy wzmiankę, że pochodzi prawdopodobnie z XIII wieku (co potwierdzałaby jego forma). W swej burzliwej historii zamieniony był między innymi na meczet, a dzisiaj znajduje się tu muzeum archeologiczne, gdzie oglądać możemy pozostałości bogatej historii Krety - zabytki minojskie (w tym najciekawsze - larnaksy, ni to wanny, ni to trumny), greckie i rzymskie.
Kościół jest budowlą trójnawową, o szerokiej nawie głównej i wąskich nawach bocznych, z prosto zamkniętym prezbiterium. To, co w tym kościele najbardziej zwraca uwagę, to masywne, przysadziste i monumentalne sklepienie w formie ostrołukowej kolebki wspartej na potężnych gurtach. Całość jest raczej niska, rozłożysta i przysadzista - ten kawałek świata często nawiedzały trzęsienia ziemi. Gołym okiem widać, że kościół był wielokrotnie przebudowywany (tu i ówdzie odnajdujemy zamurowane okienko, czy biforium-ostaniec), ale generalnie jego urzekająca franciszkańską prostotą forma pozostała niezmieniona.
Przechodząc od gablot z bezcennymi skarbami zaginionej cywilizacji minojskiej do gablot z greckimi i rzymskimi pozostałościami zastanawialiśmy się co nas bardziej interesuje - romańskie opakowanie, czy antyczna zawartość Muzeum Archeologicznego w Chanii. Ostateczny wynik to chyba 1:1.
Mało brakowało, a przegapilibyśmy kościółek Agios Pavlos (św. Pawła), wracając ze spokojnego i leniwego południa z plażami Matali i Preveli (niestety rajski gaj palmowy, gdzie kręcono reklamę Bounty spłonął - dzisiaj Preveli to dosyć smutne miejsce) na ruchliwą, turystyczną północ. Niedaleko ruin minojskiego pałacu w Fajstos (który już sobie darowaliśmy - Konssos nam wystarczy) ostro zahamowaliśmy, gdy na niewielkim cmentarzyku zamajaczyła surowa, kamienna sylwetka kościółka.
Tabliczka na murze głosiła - X wiek. Ale okazuje się, to nie takie proste... Po pierwsze naszą nieufność wzbudził już ostry łuk arkad narteksu. Po powrocie usilnie próbowaliśmy się czegoś o kościółku dowiedzieć (nasz przewodnik po Krecie milczał na jego temat jak grób) - znaleźliśmy tylko suchą wzmiankę w internecie, że kościół pochodzi z XIV wieku. To wydało się nam dużo bardziej prawdopodobne.
Bizantyjski kościół św. Pawła ma dosyć ciekawą, nietypową formę. Składa się z kwadratowej nawy zwieńczonej kopuła, prezbiterium zamkniętego prostą ścianą oraz sporego, dorównującego wielkością nawie narteksu o potężnych, ostrołukowych arkadach. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że stojący samotnie wśród cmentarza kościół jest... otwarty. Wewnątrz znajdują się pozostałości fresków. Całość poddawana jest właśnie konserwacji.
Kościółek Agios Pavlos to może nie najbardziej powalający na kolana bizantyjski zabytek Krety, ale będąc w Fajstos lub zmierzając na osławioną plażę hipisów w Matali warto się tu zatrzymać. Choćby na chwilę.
Fodele to niewielka miejscowość na północy Krety znana z faktu, że urodził się tu wybitny malarz El Greco. Łatwo tu trafić zjeżdżając z "autostrady" (jadąc tą "autostradą" nabieramy pewności, że Polska jest perfekcyjnie przygotowana do Euro 2012) biegnącej wzdłuż północnego wybrzeża wyspy z zachodu na wschód lub odwrotnie, 50 km na wschód od Rethymnonu lub około 25 km na zachód od Heraklionu. Do miasteczka trafić łatwo. Do kościoła Panagia, który doskonale widać z trasy - już nie tak łatwo. Straciliśmy trochę czasu, zanim znaleźliśmy słabo oznakowany zjazd kierujący na drogę niemal gruntową, którą długo i mozolnie wspinaliśmy się, by zobaczyć ten uroczy kościółek.
Bizantyjski (a więc nie romański, ale postanowiliśmy go gościnnie pokazać w Albumie) kościółek ma długą historię. Już w VIII wieku stała tu chrześcijańska świątynia, której elementy można do dzisiaj odnaleźć w kościele, który pochodzi z... No właśnie, nie do końca jesteśmy pewni z którego wieku. Nasz polskojęzyczny przewodnik podaje wiek XIV, co potwierdzają niektóre strony internetowe. Inne zaś informują, że kościółek pochodzi z XI lub XII wieku. Nie potrafimy rozstrzygnąć, kto ma rację. Jeśli macie jakieś pewne informacje na temat historii tego kościoła - napiszcie do nas!
Zbudowany z łamanego kamienia kościół ma piękną, zwartą, pierwotną formę krzyża greckiego z charakterystyczną dla architektury bizantyjskiej wieżą i kopułą na skrzyżowaniu ramion krzyża. Wewnątrz podobno znajdują się dobrze zachowane freski, ale tego już nie zdążyliśmy zobaczyć - trafiliśmy do Fodeli dosyć późno, wracając z Heraklionu, gdzie zwiedzanie Knossoss i fascynującego muzeum archeologicznego zajęło nam trochę czasu. Ze wzgórza, na którym stoi kościół roztacza się piękny widok na okolicę.
Warto odwiedzić Fodele spędzając wakacje na północy Krety - to naprawdę blisko i z Rethymnonu, i z Heraklionu. I zwiedzić uroczy, bizantyjski kościółek oraz napić się ouzo w jednej z licznych knajpek z El Greco w nazwie. Uważając jedynie na zawieszenie, które protestowało w Fodelach głośny skrzypieniem.
Do Gortyny trafiamy podróżując z turystycznej północy, gdzie wypadło nam mieszkać, na trochę bardziej autentyczne i mniej okupowane przez polskie, rosyjskie i czeskie wycieczki południe. Celem były plaże ukochanej przez hipisów Matali i Preveli, gdzie do niedawna podziwiać można było niezwykły palmowy gaj wyrosły u ujścia do morza niewielkiej rzeki (niestety gaj spłonął - dzisiaj to niegdyś rajskie miejsce sprawia niezwykle smutne wrażenie). A po drodze przystanek w miejscu, które powinno nas zainteresować...
Dzisiaj starożytna Gortyna to jedno wielkie stanowisko archeologiczne. A kiedyś było to duże, potężne i tętniące życiem miasto, miejsce zamieszkałe już w okresie minojski, a potem między innymi stolica rzymskiej prowincji Krety i Cyreny, oraz bardzo ważny ośrodek w czasach Bizancjum. To tutaj rozpoczęła się chrystianizacja wyspy, dokonana przez samego ucznia św. Pawła - Tytusa, uważanego za pierwszego arcybiskupa Gortyny. Miasto, które posiadało własny amfiteatr i - co ciekawe - kodeks praw spisanych na ścianie Odeonu (bardzo nowoczesnych, nawet jak na V wiek n.e.), było również centrum życia religijnego. Tu znajdował się (a poniekąd wciąż znajduje się) wybudowany w VI wieku kościół św. Tytusa. Dzisiaj świątynia ta - podobnie jak wszystkie pozostałości po świetności Gortyny - jest malowniczą ruiną, jaką stała się po najeździe Arabów w IX wieku. Ale samo to, co po niej pozostało, pozwala sobie wyobrazić, jaka była forma i rozmiar kościoła.
Z Kościoła św. Tytusa dzisiaj stoi tylko prezbiterium z aneksami/kaplicami po obu stronach chóru. A w przeszłości była to trójnawowa bazylika z transeptem, o dwóch kaplicach po obu stronach prezbiterium, skomunikowanych z transeptem przy pomocy wąskich drzwiczek. Prezbiterium i kaplice zamknięte były apsydami, które zachowały swoje oryginalne konchy (co ciekawe, na zewnątrz mur apsyd jest nie półkolisty, ale trapezoidalny). Półkoliście zakończone były też ramiona transeptu. W prezbiterium i kaplicach zachowały się sklepienia kolebkowe. W nawie zachowały się ślady podpór arkad międzynawowych, między innymi piękny, joński kapitel kolumny.
Przewodnik po Krecie donosi, że niedawno w Gortynie odkryto pozostałości jeszcze jednej, monumentalnej bazyliki z tego okresu - jednej z największych w całej Grecji (miałaby ona mieć ponad 100 metrów długości i 5 naw), z pozostałościami bezcennych mozaik podłogowych. Niestety tych ruin nie udało nam się namierzyć. Niestety nie wszystkie antyczne, rzymskie oraz bizantyjskie zabytki Gortyny są dostępne dla zwiedzających...
Kiedy już nacieszyliśmy się zabytkami Gortyny, zalegliśmy w cieniu wiekowej oliwki z butelką lemoniady. Na ziemi, bo fotel okupował spasiony, leniwy kocur, który śródziemnomorski rytuał siesty traktował bardzo poważnie. Nie mieliśmy serca go przeganiać...
Izrael - Palestyna - Ziemia Święta. Dużo imion ma to niezwykłe miejsce na świecie, gdzie skumulowała się historia trzech największych religii współczesnego świata - judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Przybyliśmy do Jerozolimy jako do matecznika cywilizacji, miejsca, gdzie zaczęła się historia chrześcijańskiej Europy. Dziś to chyba najbardziej wielokulturowe miasto na świecie, tętniące życiem jak wielki targ, którym nota bene są wąskie uliczki starej Jerozolimy. Każda z wielkich kultur odcisnęła na tej ziemi swoje piętno, pozostawiła też swoją architekturę. I tak, z krzyżowcami trafiła tu... architektura romańska. To, co wśród niezwykłych zabytków Jerozolimy, odnaleźliśmy jako romańskie, niniejszym prezentujemy.
Przybieżeli do Betlejem... Pomyśleliśmy, że będąc w Jerozolimie nie sposób nie odwiedzić położonego niedaleko Betlejem. Ale okazuje się, to wcale nie takie proste. Betlejem bowiem leży w Autonomii Palestyńskiej, a od Izraela oddziela je wysoki na kilka metrów mur, jedna z najmocniej strzeżonych granic świata. Ale podejmujemy wyzwanie - z palestyńskiego dworca autobusowego we Wschodniej Jerozolimie ruszamy niepozornym busikiem na wschód, czeka nas jeszcze przesiadka na pustyni do innego autobusu, checkpoint przy murze i oto jesteśmy w innym świecie. Uprzejmy, palestyński taksówkarz już wymyślił nam całą trasę podróży po Palestynie, zaczynając od Herodionu, a skończywszy na Jerychu, na koniec zaś kolacja z jego rodziną i wizyta w sklepiku jego ojca. Jedziemy wzdłuż muru, wymalowanego przez marzących o wolności palestyńskich graficiarzy, taksówkarz proponuje przystanek na zdjęcia. Nie chcemy jednak z symbolu bliskowschodniego konfliktu robić atrakcji turystycznej. Wyłączamy kamerę, chowamy aparaty - chcemy uwiecznić to, co jest Palestynie piękne, nie smutne. Na Placu Żłóbka żegnamy niepocieszonego taksówkarza i ruszamy na spotkanie z naszą pierwszą, monumentalną bizantyjską bazyliką...
Choć zdania na temat Betlejem jako rzeczywistego miejsca przyjścia na świat Jezusa są podzielone, to tradycja wiążąca to miejsce z tym wydarzeniem sięga II wieku n.e. Wskazana przez św. Justyna Męczennika grota została w IV wieku obudowana kościołem przez św. Helenę, matkę Konstantyna Wielkiego (wcześniej w tym miejscu znajdowała się rzymska świątynia Adonisa). Po zniszczeniu przez Samarytan w VI wieku kościół został odrestaurowany i powiększony przez cesarza Justyniana. Od tamtej pory mimo zmieniających się władz, od Persów (którzy podobno rozpoznali na mozaikach przedstawiających Trzech Króli szaty pochodzące z ich kręgu kulturowego i oszczędzili kościół) przez Arabów, Krzyżowców (to tu został koronowany pierwszy król Królestwa Jerozolimy Baldwin I), Turków, Jordańczyków - kościół cieszy się względnym spokojem. Ostatnio, podczas drugiej Intifady Betlejem znów stało się miejscem dramatycznych wydarzeń, bazylika była przez pewien czas okupowana przez Palestyńczyków, a w środku umieszczono ładunki wybuchowe.
Wejście do kościoła jest tak niepozorne, że aż je przegapiliśmy i w środku znaleźliśmy się przechodząc przez kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej. W czasach Krzyżowców kościół został silnie ufortyfikowany i stąd trudności w odnalezieniu wejścia, którym okazuje się być otwór nieco mniejszy niż zwykłe drzwi po lewej stronie monumentalnej fasady. Po lukrowanym, dziewiętnastowiecznym wnętrzu kościoła św. Katarzyny chłód, cisza i wiekowa dostojność wnętrza bazyliki Narodzenia wręcz rzucają na kolana. Majestatyczne, poczerniałe ze starości kolumny pokryte ledwo widocznymi malowidłami podtrzymują masywną ścianę nawy głównej, przyozdobioną pozostałościami bizantyjskich mozaik. Nawy boczne (a jest ich cztery) oraz nawa główna nie posiadają sklepienia - patrząc w górę widzimy majestatyczną, otwartą więźbę dachową. Zamknięte apsydą prezbiterium oddzielone jest od reszty kościoła monumentalnym ikonostasem. Również ramiona transeptu (też zakończone apsydami) oddzielone są od kościoła - wchodzi się do nich przez niewielkie drzwiczki z naw bocznych.
Nacieszywszy się bizantyjskimi mozaikami, ustawiamy się w kolejce która zaczyna tworzyć się przy wejściu do prawego ramienia transeptu. Tędy wchodzi się do Groty Narodzenia. Kolejka jest w miarę krótka, a w kościele pusto - jest niedzielny poranek, trwają nabożeństwa, więc turystów jest odpowiednio mniej. Podobno "w sezonie" na czekaniu można spędzić tu kilka godzin. W kolejce zostajemy przygarnięci przez grupę ekstrawertycznych Amerykanów pod opieką sympatycznego jezuity - razem z nimi schodzimy do Groty, gdzie nasi nowo poznani przyjaciele śpiewają Silent Night. Przewodnik pokazuje nam pozostałości żłóbka (katolicy w pobliskim kościele św. Katarzyny mają własny), każdy chce dotknąć oznaczonego gwiazdą miejsca narodzenia Jezusa.
Pożegnawszy naszych Amerykanów idziemy przespacerować się uliczkami dookoła Bazyliki, oklejonymi plakatami wyborczymi partii Fatah z twarzą Jasera Arafata, podczas gdy z pobliskiego sklepiku z pamiątkami Eleni śpiewa "Do wiedzenia, mój kochany, do widzenia". Tak, pora wracać do Jerozolimy, a przed nami jeszcze smutny rytuał przekraczania muru, żołnierze z gotową do strzału bronią, psy, skanery, wykrywacze metalu, ziemia niczyja... Tak tu blisko, a tak daleko...
Bazylika Grobu Bożego to niewątpliwie najważniejsza świątynia szeroko rozumianego chrześcijaństwa. Tu, jak wierzą miliony wiernych na całym świecie, znajduje się Golgota, Grób Chrystusa oraz miejsce, w którym znaleziono relikwie Krzyża Świętego. Bazylika to miejsce niezwykłe, nieogarnialne na raz, to swoisty mikrokosmos, w którym skumulowały się znaczenia sakralne chrześcijaństwa.
Monumentalny kościół wciśnięty między wąskie uliczki starej Jerozolimy ma długą i bogatą historię. Miejsce jego ulokowania wiąże się z szeroko zakrojonymi pracami "archeologicznymi", jakie podjęto na zlecenie cesarzowej Heleny. Celem badań było odnalezienie miejsca kaźni i pochowania Chrystusa. I cel został osiągnięty. Co więcej, skała, którą dzisiaj czci się jako Golgotę, najprawdopodobniej jest Golgotą. Ta sześciometrowa skała powstała w wyniku eksploatacji kamieniołomu i w czasach rzymskich wykorzystywana była jako miejsce straceń. W jej okolicy znajdował się też cmentarz. To w okolicach tej skały cesarzowa Helena odnalazła trzy krzyże, z których jeden okazał się mieć cudowne właściwości. Na tym miejscu cesarz Konstantyn ufundował ogromny kościół, a w zasadzie trzy kościoły - kościół Męki Pańskiej (z Golgotą), kościół Krzyża Świętego (z miejscem znalezienia krzyża) i kościół Zmartwychwstania (z Grobem Chrystusa). Kościół ucierpiał po raz pierwszy w VII wieku, w czasie najazdu Persów, po czym został zrekonstruowany. Następnie - razem z całym Bliskim Wschodem - Jerozolimę opanowali Arabowie. Kościołowi zagwarantowano bezpieczeństwo i funkcjonował dalej. Ale kolejne wieki nie były dla konstantyńskiej świątyni zbyt szczęśliwe - w IX wieku kościół ucierpiał z powodu trzęsienia ziemi, w X wieku z powodu pożaru. Najgorsze jednak spotkało kościół w XI wieku, za panowania Fatymidów. Wtedy to kalif al-Hakim nakazał zburzenie kościoła. Kiedy wreszcie zawarto pokój między kalifem a Biznacjum możliwe stało się odbudowanie bazyliki, jednak nie w jej pierwotnej formie. Przebudowę kontynuowali krzyżowcy, którzy w 1099 roku zdobyli Jerozolimę. Z tego okresu pochodzą m.in. monumentalna, romańska fasada czy edykuł Grobu Bożego. We wnętrzu dokonano też licznych przebudów. W kolejnych wiekach bazylika, wraz z Jerozolimą, przechodziła z rąk do rąk. Za czasu panowania Mameluków ukształtował się podział wnętrza bazyliki między wyznania chrześcijańskie, nie ustawał też ruch pielgrzymkowy. W XIX wieku kościół zniszczył pożar, po którym dokonano restaruacji z typową dla dziewiętnastego wieku dezynwolturą, pozbawiając go wielu cennych dekoracji. W XX wieku bazylikę nęka seria trzęsień ziemi, z którymi walczą najpierw brytyjskie władze mandatowe, a później Jordańczycy. Od czasu wojny sześciodniowej (1967) Bazylika, jak i cała Jerozolima, znajduje sie na terytorium państwa Izrael.
Trafiliśmy do Bazyliki Grobu Bożego w zasadzie prosto z samolotu. O piątej rano zostawiliśmy plecaki w hostelu (a mieszkaliśmy dosłownie w samym centrum Starego Miasta, na uliczce św. Marka, wszystkim polecamy Citadel Hostel) i ruszyliśmy w miasto. Przez opustoszałe o tej godzinie uliczki dzielnicy chrześcijańskiej i arabskiej, w dzień tętniącym życiem suku, trafiliśmy tu. Na obszerny placyk przed Bazyliką. Drzwi były otwarte. Z wewnątrz dobiegał śpiew. Weszliśmy do kościoła nieco oszołomieni, przywitał nas zapach kadzidła i kakofonia śpiewów dobiegających z róznych części kościoła. To w wydzielonych dla siebie częściach poranne nabożeństwo odprawiali prawosławni i katolicy, Ormianie i Syryjczycy, Koptowie i Etiopczycy. Cóż za szczęście - o takiej nieludzkiej porze kościół był prawie pusty - czyli, co najważniejsze - nie było w nim turystów, tłoczących się zwykle w długiej, wyznaczonej przez barierki kolejce do edykułu Grobu Bożego. Zwiedzanie zatem czas zacząć.
Nie sposób opisać bryły Bazyliki Grobu Bożego w trzech zdaniach. Nie da się nawet zobaczyć całej bryły kościoła z żadnego miejsca, nie da się jej obejść - po prostu nie da się jej wypreparować z tkanki miasta, z którym od wieków żyje w symbiozie. Klucząc po wąskich uliczkach jerozolimy nagle orientujemy się, że jesteśmy na przykład na... dachu Bazyliki, gdzie urządzono koptyjskie eremy. Kościół składa się z wielu ementów, dostawianych przez lata, dobudowywanych w kolejnych fazach, a nawet jego pierwotne założenie jest skomplikowane, bo objąć musi trzy najważniejsze miejsca - Grób, Golgotę i miejsce znalezienia Krzyża.
Wchodząc przez monumentalny portal do Bazyliki na wprost mamy Kamień Namaszczenia, na którym złożone miało być ciało Chrystusa po śmierci. Kamień namaszczany jest wonnymi olejkami i z czcią całowany przez wiernych wchodzących do kościoła. Po prawej stronie od wejścia znajduje się Golgota, zabudowana kaplicą (a w zasadzie kaplicami), do których wchodzi się po schodkach. Główna kaplica z ołtarzem Ukrzyżowania jest prawosławna, obok znajdują się łacińskie ołtarze Przybicia do krzyża i Matki Boleściwej. Poniżej Golgoty znajduje się tzw. "Grób Adama". Na lewo od wejścia znajduje się tzw. rotunda, czyli okrągła przestrzeń sklepiona kopułą, z edykułem Grobu Bożego, otoczonym monumentalną kolumnadą. Sam edykuł to niewielki, prostokątny budynek mieszczący dwa pomieszczenia - Kaplicę Anioła i Grób właściwy. Na tyłach edykułu znajduje kaplica koptyjska.
Na wprost od wejścia, na prawo od rotundy znajduje się coś w rodzaju trójnawowego kościoła właściwego, z chórem greckim i łacińskim. Jeszcze dalej na prawo, po schodkach schodzi się do kaplicy Św. Heleny, która jest własciwie kryptą, posadowioną na masywnych filarach. To jedna ze starszych części kościoła. Jeszcze niżej, schodząc po schodach, których ściany zdobią tysiące wyrytych przez pielgrzymów krzyżyków, schodzimy do kaplicy Znalezienia Krzyża Św.
To tylko główne pomieszczenia, które składają się na Bazylikę Grobu Bożego - jest tu szereg kaplic, również wielopoziomowych, od północy przylega do Bazyliki kościół i klasztor franciszkanów. Wszystko to sprawia nie do końca realne wrażenie labiryntu.
Klucząc między masywnymi, romańskimi filarami, przechodząc róznymi tajnymi przejściami z kaplicy do kaplicy, z których każda jest inna, bo opiekuje sią nią inne wyznanie, dochodzimy do wniosku, że Bazylika Grobu Bożego, to coś więcej, niż tylko suma składających się na nią części - kaplic, wyznań, styli architektonicznych, wśród których swoje miejsca ma też romanizm. To przestrzeń sama w sobie. Wyjątkowa. Jedyna.
PS. Rewelacyjne zdjęcia panoramiczne z Bazyliki Grobu Bożego obejrzeć można pod tym linkiem.
Kościół św. Anny znajdujemy w dzielnicy chrześcijańskiej Jerozolimy, w pobliżu Bramy św. Szczepana, zwanej również Bramą Lwią. Kościół zbudowali w XII wieku krzyżowcy, na miejscu starszej świątyni z V wieku, stojącej - jak przekazywała tradycja - w miejscu domu Joachima i Anny, rodziców Marii, matki Jezusa. Miejsc w Jerozolimie uznawanych za dom rodzinny Marii jest więcej, każde wyznanie ma swoje ulubione, a najprawdopodobniej Joachim i Anna mieszkali w Nazarecie. Po odbiciu Jerozolimy przez Saladyna kościół został zamieniony na szkołę teologiczną, a potem popadł w zaniedbanie. W XIX wieku został przekazany Francuzom, którzy przywrócili go do dawnej świetności.
Bryła kościoła św. Anny jest zwarta, kanciasta i surowa, jak na architekturę krzyżowców przystało. Ścian pozbawione są ozdób, jedynie przez fasadę zachodnią biegnie samotny fryz. Do wnętrza prowadzi prosty, ostrołukowy portal z gładkim tympanonem i ledwie zarysowaną archiwoltą. Jedynym dekoracyjnym elementem jest obramowanie zachodniego okna, które flankują dwie kolumienki i bogato zdobiony ostrołuk. Kościół pozbawiony jest wież, nad skrzyżowaniem naw wznosi się niewielka kopuła.
Wnętrze kościoła jest równie surowe i klasycznie romańskie. Kościół św. Anny zatem to trójnawowa bazylika z transeptem, sklepiona krzyżowo, z kopułą na skrzyżowaniu naw. Nawa główna jest tylko odrobinę wyższa, niż nawy boczne, doświetlona niewielkimi okienkami. Potężna arkady międzynawowe mają łuki ostre. Ramiona transeptu sklepione są ostrołukowymi kolebkami. Krótkie prezbiterium zamknięte jest apsydą, po obu stronach prezbiterium, do transeptu otwierają się niewielkie apsydiolki. Tak jak na zewnątrz, wewnątrz również brakuje dekoracji i panuje żołnierska surowość. Jedyne elementy dekoracyjne, to kapiteliki kolumienek, które flankują niewielkie okienka doświetlające apsydy. Pod kościołem znajduje się niewielka krypta, o której wierzy się, że znajduje się dokładnie w miejscu domu Joachima i Anny.
Kościół oprócz swoich architektonicznych walorów ma również niezwykła akustykę - przekonaliśmy się o tym sami, kiedy koreańska grupa pielgrzymkowa zaczęła w kościele ćwiczyć psalmy. Było to niezwykłe przeżycie - również międzykulturowe.
Obok kościoła znajdują się bardzo ciekawe ruiny starożytnej sadzawki Betesda, przy której Jezus uzdrowił chorego w szabat. Rozległość ruin świadczy, że mamy do czynienia z nie byle jakim sanatorium, a nie niewielkim basenem, jak sobie to wyobrażaliśmy.
W kościele św. Anny można spędzić długie godziny, słuchając, jak dźwięki niosą się po romańskim murach. Ale tuż za murem tętni życiem stara Jerozolima, która ma nam jeszcze wiele do zaoferowania...
Zapraszamy do Bawarii, krainy piwem płynącej, gdzie w miasteczkach jak z baśni braci Grimm kryją się prawdziwe, romańskie perły! W naszej pierwszej przygodzie z niemieckim romanizmem odwiedziliśmy między innymi Bamberg (z niezwykłą katedrą cesarską), Ratyzbonę (romańskie miasto, gdzie znaleźć można portal romański nawet przy wejściu do sklepu), Norymbergę (z niezwykłą kaplicą cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego). Bawaria nas urzekła, nie tylko czarem swoich alpejskich miasteczek i norymberskich pierników, ale też swoją bogatą, romańską historią. Zapraszamy do zwiedzania Bawarii razem z nami!
Jadąc do Niemiec nie mogliśmy się doczekać Bambergu. Dlaczego? To proste, tu znajdziemy naszą pierwszą (jedną z siedmiu) katedrę cesarską, arcydzieło późnego romanizmu. Romanizmu w takiej skali jeszcze nie widzieliśmy. I pewnie długo nie zobaczymy...
Historia katedry w Bambergu sięga początków XI wieku. Katedrę ufundowali cesarz Henryk II i cesarzowa Kunegunda, jeszcze przed założeniem w 1007 roku biskupstwa w Bambergu. Katedrę konsekrowano w 1012 roku, ale nie dane jej było długo cieszyć się spokojem. Pierwszy raz spłonęła w 1081 roku, kiedy to pożar strawił drewniane stropy, dach i zniszczył freski wewnątrz kościoła. Katedra została przebudowana przez biskupa Ottona I, po czym, w 1185 roku znowu spłonęła. Wtedy zdecydowano się na zbudowanie katedry w zasadzie od nowa. Budowę rozpoczęto w 1215 roku, a budynek ostatecznie konsekrowano w 1237 roku, chociaż prace nad budynkiem trwały do końca XIII wieku. Od tamtej pory katedrze udało się uniknąć większych zniszczeń. Nie uniknęła jednak barokowej przebudowy w XVII wieku, w czasie której dostawiono wiele fikuśnych ołtarzy i - o zgrozo! - usunięto średniowieczne freski. Romański charakter wnętrzu kościoła przywróciła restauracja przeprowadzona na zlecenie króla Ludwika I Wittelsbacha. Od tamtej pory podziwiać można niezmącone romańskie piękno katedry, zarówno w jej klasyczną bryłę, jak i finezyjny detal rzeźbiarski.
Katedra w Bambergu to dwuuchórowa bazylika z transeptem w części zachodniej, posiadająca cztery wieże - dwie po stronie wschodniej i dwie po stronie zachodniej, flankujące apsydy kościoła. Proste i surowe ściany nawy głównej i naw bocznych kontrastują z bogato zdobionymi wieżami i apsydami. Wielopoziomowe fryzy arkadkowe, ząbkowe, zdobione guzełkami archiwolty ościeży okiennych, bogato dekorowane kapitele półkolumienek, lizeny, maszkaronowe rzeźby, ślepa galeryjka triforiów nad oknami apsydy wschodniej - od nadmiaru romanizmu też może rozboleć głowa. Już na zewnątrz kościoła widać, że stoimy w rozkroku między późnym romanizmem a wczesnym gotykiem. I tak jak wschodnia część jest jeszcze romańska (spokojniejsza, bardziej dostojna), tak zachodnia - a w zasadzie zachodni chór i zachodnie wieże - już eksperymentują z gotykiem w stylu francuskich katedr. Wystarczy porównać wieże wschodnie i zachodnie.
Do środka prowadzą cztery portale - dwa na ścianie północnej, dwa na wschodnich ścianach wschodnich wież kościoła. Pierwszy z nich, przy południowej wieży flankującej apsydę wschodnią, to tzw. Brama Adama. Portal sam w sobie jest niewielki, trójuskokowy, z masywną archiwoltą wyciętą w charakterystyczne zęby, bez tympanonu. To, co najciekawsze w tym portalu, to rzeźby, chociaż w zasadzie są już wczesnogotyckie. Stojące na kolumienkach, pod niewielkimi, misternie zdobionymi baldachimkami rzeźby Adama, Ewy i św. Piotra po prawej stronie oraz fundatorów - Henryka II i Kunegundy oraz św. Szczepana. Rzeźby są niezwykle realistyczne jak na przedstawienia średniowieczne, co szczególnie zwraca uwagę przy rzeźbach nagich pierwszych rodziców. Rzeźby znajdujące się w portalu to niestety kopie - oryginały można podziwiać w Muzeum Katedralnym.
Drugi portal - po północnej stronie wschodniej apsydy - to tzw. Brama Łaski. W przypadku tego portalu uskoków jest więcej, a archiwolta i kolumienki finezyjniej ukształtowane. Każdy wałek i każdy kapitel jest inny - zdobią je wzory geometryczne i guzły. Między archiwoltą a głowicami kolumienek o roślinnych dekoracjach odnaleźć możemy niewielkie popiersia apostołów. Tympanon tego portalu jest tympanonem fundacyjnym - znajduje się w nim płaskorzeźba przedstawiająca Matę Boską z Dzieciątkiem, adorowaną przez patronów kościoła - św. Piotra i Jerzego oraz fundatorów - cesarza Henryka II i cesarzową Kunegundę.
Podobieństwa do Bramy Łaski wykazuje tzw. Portal Książęcy, znajdujący się na północnej ścianie kościoła. Ten wielouskokowy portal o elegencko i dyskretnie dekorowanej zawiera niezwykły tympanon z przedstawieniem Sądu Ostatecznego. Po lewej stronie Chrystusa prezentującego rany znaleźli miejsce zbawieni oraz aniołowie, po prawej - potępieni. W przedstawieniu potępionych doszukać można się pewnej subtelnej krytyki społecznej - mamy tu przedstawicieli możnych, bogatych, a nawet kościoła. Postaci potępionych mają powykrzywiane ekspresyjnie twarze. Co innego zbawieni - uśmiechają się błogo i składają ręce do modlitwy. To jedne z niewielu średniowiecznych przedstawień postaci uśmiechających się - prawdziwy rarytas. Między kolumienkami portalu możemy odnaleźć przedstawienia proroków i apostołów. Co ciekawe, ci drudzy stoją na ramionach tych pierwszych, co symbolizuje następstwo tradycji. Po lewej stronie, na kolumienkach zachowały się też rzeźby anioła grającego na trąbie oraz Abrahama. Po obu stronach portalu, na kolumienkach i pod baldachimami znajdują się rzeźby (obecnie kopie) przedstawiające Eklezję (po stronie zbawionych) i Synagogę (po stronie potępionych). Atrubutem Eklezji jest korona, Synagoga ma zawiązane oczy, towarzyszą jej złamana włócznia i tablice mojżeszowe. To też kopie - oryginały znajdują się wewnątrz kościoła.
Ostatni portal - zwany Bramą św. Wita znajduje się na północnym ramieniu transeptu i jest zdecydowanie najskromniejszy, choć flankują go po bokach urocze ślepe arkadki zamknięte łukiem trójlistnym.
We wnętrzu kościoła również zauważyć można zmagania romanizmu z gotykiem - i tak jak nawa główna oraz wschodni chór to jeszcze romanizm, tak zachodni chór składnia się w stronę gotyku. Korpus nawowy jest trójprzęsłowy i sklepiony jest krzyżowo-żebrowo w systemie wiązanym - jednemu przęsłu nawy głównej odpowiadają dwa przęsła naw bocznych. Naga, wysoka i monumentalna ściana nawy głównej jest jeszcze klasycznie romańska, bez finezyjnych, wertykalnych podziałów ściany.
Wschodni chór jest znacznie podniesiony w stosunku do poziomu nawy głównej. Na wprost chóru znajduje się zejście do znajdującej się poniżej krypty, a po bokach zejścia - schody prowadzące na górę, do prezbiterium. Apsyda oświetlona jest dużymi, półkoliście zamkniętymi oknami. Poniżej znajduje się ślepa galeryjka trójlistnych arkadek. Prezbiterium sklepione jest sześciodzielnym sklepieniem krzyżowo-żebrowym, całość zamyka monumentalna koncha. Prezbiterium od naw bocznych oddzielają bogato zdobione rzeźbami apostołów (od południa) i proroków (od północy) przegrody chórowe. Poniżej wschodniego prezbiterium znajduje się sklepiona przysadzistym krzyżowo-żebrowym sklepieniem halowa krypta.
Zachodni chór, nieco mniejszy, ma już bardziej gotycką formę. Zamknięty jest wieloboczną apsydą, którą wieńczy nie koncha, ale ostrołukowe sklepienie krzyżowe. Okna apsydy są już ostrołukowe, ponad nimi znajdują się lunety. W znajdującej się po prawej stronie od zachodniego chóru kaplicy znajdują się relikwie świętych fundatorów - św. Henryka II i św. Kunegundy. Zachodnia krypta się nie zachowała, można tylko oglądać jej pozostałości.
"Na składzie" katedry w Bambergu pozostają różne ciekawe późnoromańskie i wczesnogotyckie dzieła sztuki rzeźbiarskiej. Najciekawszy to tak zwany Jeździec z Bambergu - pełnowymiarowa figura króla (po koronie wnosząc) na koniu, pierwsze od czasów antyku dzieło sztuki pomnikowej. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, kogo owa rzeźba przedstawia - pretendentami do bycia Jeźdźcem z Bambergu są jak podaje Wikipedia - Konrad III, Henryk I Ptasznik, Henryk II, Fryderyk II Hohenstauf, oraz Stefan I Święty, król Węgier (prywatnie szwagier cesarza Henryka II). W czasach nazizmu Jeździec z Bambergu uchodził za wzór germańskiego piękna, choć nam wydał się niezbyt przystojny. Może to i dobrze, bo to znaczy, że nie mamy takiego gustu, jak naziści... Inne rzeźby to grupa Zwiastowania i Nawiedzenia, znajdująca się przy jednym z północnych filarów chóru wschodniego, w skład której wchodzą św. Elżbieta, Maria oraz anioł. W zachodnim chórze zaś można podziwiać wykonany z białego marmuru nagrobek papieża Klemensa II.
Z katedry w Bambergu wychodzimy z lekkim zawrotem głowy. Nie sposób przyswoić tyle romanizmu na raz, nie do takich dawek jesteśmy przyzwyczajeni - a przed nami przecież jeszcze inne zabytki romańskie Bambergu. Ale to nie przesyt, raczej lekkie upojenie, podobne do skutków przedawkowania frankońskiego wina - Frankenwein, produkowanego w okolicznych wioskach Würzburga. I jedno, i drugie - czyli katedrę w Bambergu oraz Frankenwein - serdecznie polecamy, przetestowaliśmy na własnej skórze :)
Klasztor karmelitów pod wezwaniem Św. Teodora i Matki Bożej kryje jeden z najcudowniejszych romańskich skarbów Bawarii - niezwykłe krużganki klasztorne, uważane za jedne z największych i najpiękniejszych romańskich krużganków w całych Niemczech.
Ale po kolei - klasztor karmelitów ufundowano w XIII wieku i wtedy zbudowano potężny, romański kościół, z którego do dzisiaj pozostało niewiele, a mianowicie zachodnia fasada, z jedną wieżą (pierwotnie były dwie) oraz zamurowanym portalem, zwanym "portalem lwów", od mocno zerodowanych rzeźb lwów, znajdujących się po bokach archiwolty, która ma ciekawy, grubo ciosany wykrój z charakterystycznymi "zębami". Wnętrze kościoła ma barokowy charakter i niestety nie widać po nim romańskiej historii. A szkoda.
Romańska perełka, czyli krużganki klasztorne, pochodzi z XIV wieku, z czasów przełomu romanizmu i gotyku. Zbudowano jest w stylu romańskim, aby przydać klasztorowi majestatu. Krużganki otwierają się na kwadratowy wirydarz misternie zdobionymi triforiami. Każda kolumienka jest inna, zdobiona motywami roślinnymi, zwierzęcymi, figuralnymi, przedstawiając mityczne stwory i sceny biblijne. Całość krużganków przekryta jest gotyckimi, ostrołukowymi sklepieniami krzyżowo-żebrowymi. W ścianach krużganków przetrwały pozostałości portalu oraz biforiów.
Po krużgankach klasztoru karmelitów można spacerować godzinami, rozszyfrowując kapitele kolumienek jak średniowieczne szarady. Ich sława jednych z najpiękniejszych jest w pełni zasłużona, a my - w pełni uwiedzeni ich czarem.
W położonym nad leniwą rzeką Regnitz Bambergu zabytków romańskich co nie miara - można by nimi obdarować średniej wielkości polskie województwo. Niewielki Bamberg to wśród bawarskich miast i miasteczek prawdziwy szczęściarz - udało mu się uniknąć losu Norymbergi czy Würzburga, który został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi przez alianckie bombardowanie w czasie II wojny światowej. Tutaj ocalało praktycznie wszystko.
Ocalał też mniej znany i mniej popularny wśród turystów kościół romański, którego nie raczy wymieniać nawet przewodnik Pascala. Trafiliśmy tu przypadkiem, w strugach deszczu kierując się z katedry w stronę centrum. Nie zmyliła nas barokowa fasada, bezbłędnie rozpoznaliśmy romański mur (między innymi po fryzie arkadkowym obiegającym uroczą apsydkę transeptu) i w poczuciu odkrywczej misji zagłębiliśmy się w nieco mroczne wnętrze.
Do kościoła wchodzi się przez sklepioną krzyżowo kruchtę. Już stąd widać, że przed nami urzekająco klasyczne romańskie wnętrze. Kolumnada prostych, masywnych kolumn o kostkowych kapitelach podpiera pobieloną ścianę z rzędem okien. Całość przekrywa strop. Nic dodać, nic ująć.
Służący pielgrzymom jako przystanek w drodze do Santiago de Compostella, pochodzący z XI wieku kościół św. Jakuba jest prostą, trójnawową bazyliką z transeptem, przekrytą stropem. Na zachodniej emporze dzisiaj znajdują się organy. Najprostsze, romańskie kolumny, nagie, pobielone ściany, wysokie mury transeptu, prostota drewnianego stropu - do ostatecznego efektu brakuje tylko prezbiterium, które akurat jest gotyckie. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Bawaria rozpieszcza - kościół św. Jakuba, jeszcze nie najbardziej znaczący i oszałamiający zabytek romański Bambergu i tak na nas, przybyszach z przeoranej przez barok Małopolski, robi niezwykłe wrażenie.
Eichstätt to miasto położone mniej więcej w połowie drogi z Norymbergi do Monachium. Żeby tam trafić, należy zjechać z autostrady E45 zjazdem w okolicach miejscowości Enkering na drogę B13. Eichstätt to miłe miasteczko, znane z katolickiego uniwersytetu i św. Walpurgii, która jest tutaj pochowana. To tutaj, w pobliskim klasztorze benedyktynów uzyskuje się słynący z uzdrowień "olej Walpurgii" (który okazuje się być wodą przesączającą się przez ściany krypty, obmywającą kości św. Walpurgii).
Początki katedry św. Salwatora, Najświętszej Marii Panny i św. Wilibalda - bo o niej będzie mowa - sięgają czasów samego św. Wilibalda (brata św. Walpurgii), czyli VIII wieku. Karolińsko-ottońskiemu kościołowi towarzyszył klasztor, zniszczony podczas najazdu Węgrów. Przebudowa kościoła w dojrzałym, romańskim stylu rozpoczęła się w XI wieku. Kościół był okazałą budowlą z transeptem, z prezbiterium zamkniętym apsydą. Z XII wieku pochodzą dwie romańskie wieże flankujące prezbiterium, których zdobienia zdradzają wpływy północnowłoskie. Przebudowę zakończono w XIV wieku, nadając wnętrzu kościoła charakter wczesnego i dojrzałego gotyku. Romańskie wieże kryją na parterze kaplice. Powyżej znajduje się pięć pięter.
W zasadzie z pierwotnego, romańskiego założenia pozostały tylko wieże, ale nie żałujemy, że zatrzymaliśmy się tu w drodze w bawarskie Alpy. Eichstätt to miłe miasteczko, a z klasztoru św. Walpurgii (który sam w sobie jest ciekawostką) rozciąga się przepiękny widok na okolicę.
Wysepek na jeziorze Chimsee jest trzy. Na jednej z nich "szalony król" Ludwik II Bawarski zbudował pałac, który miał przyćmić Wersal. Ale nie na tą wyspę się wybieramy. Na Fraueninsel można dostać się promem z miejscowości Stock i Felden na południu jeziora oraz Bernau na północy. Już sam rejs to niezwykle przyjemne przeżycie, a na miejscu czekają nas nie lada atrakcje.
W skład ufundowanego w VIII wieku klasztoru (o nim więcej we wpisie na temat kościoła na Frauenisel) wchodzi ciekawy budynek - na poły świecki, na poły sakralny. To tzw. Torhalle, lub z polska - i jakże odkrywczo - "budynek bramny". Torhalle pochodzi z czasów karolińskich, z lat 850/860. To wybudowany z szarego, nieregularnego kamienia prosokątny, piętrowy budynek w kwadratową, mniejszą dobudówką po wschodniej stronie. Parter - to brama. Po obu stronach "otworu bramnego" znajdują się toporne biforia, wnętrze przejścia dzielą na trzy części przysadziste arkady o łuku prostym.
Na piętrze znajduje się kaplica św. Michała - to proste, prostokątne pomieszczenie, kryte stropem z niewielkim prezbiterium znajdującym się w owej dobudówce. Kaplicę oświetlają małe, rozglifione okienka. Ściany zdobią resztki fresków. Dzisiaj kaplica służy jako przestrzeń wystawowa - trafiliśmy akurat na jakże a propos wystawę przedmiotów liturgicznych i dzieł sztuki pochodzących z epoki renesansu karolińskiego.
IX wiek - to brzmi dumnie. I chociaż w życiu nie raz widzieliśmy i widujemy budynki starsze, niż Torhalle (starożytne ruiny, a nawet jedną bazylikę z czasów Justyniana), to myślimy o "budynku bramnym" niezwykle ciepło, jako o starszym, karolińskim bracie naszych ulubionych zabytków romańskich.
Klasztor na Fraueninsel, niewielkiej wysepce na bawarskim jeziorze Chimsee, ufundowany został w VIII wieku przez bawarskiego księcia Tassilo. Klasztor poświęcono w 782 roku, a w 788 roku wszedł w jego posiadanie Karol Wielki, następnie trafił w ręce jego wnuka, Ludwika Niemieckiego. Po najeździe Węgrów w XI wieku klasztor wchodzi w okres prosperity, który trwa do XV wieku. W XVIII wieku niestety klasztor zostaje gruntownie przebudowany...
Historia samych murów kościoła niknie w mrokach głębokiego średniowiecza - część murów zapewne pamięta czasy Karola Wielkiego, faktem natomiast jest, że w XI wieku kościół już stał. W XII i XIII wieku kościół został powiększony i przebudowany, zmiany wprowadził też gotyk i - oczywiście - barok.
Do kościoła prowadzi od południa bardzo ciekawy, grubo ciosany, uskokowy portal. Archiwoltę i kapitele kolumienek zdobią geometryczne wzory. Po obu stronach portal flankują masywne kolumny, stojące na bazach w kształcie potwornych twarzy. Na kolumienkach spoczywają maszkarony.
Kościół jest trójnawową bazyliką bez transeptu. Niskie, przysadziste arkady o pełnym łuku i masywne filary, które kiedyś dźwigały romańskie sklepienie, oddzielają nawę główną od naw bocznych. Nawa główna została poniesiona, kryje ją dzisiaj sklepienie gotyckie. Sklepienia krzyżowo-żebrowe przekrywają nawy boczne. Wewnątrz kościoła zachowało się wiele romańskich fresków, których tropienie w różnych punktach budynku powierzamy spostrzegawczości zwiedzającego.
Klasztor na Fraueninsel wiąże się z kultem św. Irmengardy, przeoryszy klasztoru z IX. wieku. Jej kult datuje się już na XI wiek, chociaż świętą została dopiero w XVIII wieku. Kaplica jej poświęcona znajduje się na tyłach prezbiterium. Tu pielgrzymi (pielgrzymki? bo pielgrzymują do niej głównie kobiety) zostawiają swoje dary. Widok dziecięcych rysunków obok srebrnych czy złotych wotów sprawia ciekawe wrażenie. Dominuje w nim głównie kontrast.
Obok kościoła stoi ciekawa, ośmioboczna dzwonnica, której dole dwa piętra pochodzą z XII wieku. Wyższe piętra dobudowano w wieku XV, a charakterystyczna cebula pochodzi z XVII wieku. Wieża stoi w miejscu dawnych, karolińskich zabudowań klasztornych.
Słodko tu, na tej mniszej wysepce, gdzie od ponad tysiąclecia milczące zakonnice wytwarzają podobno świetne miody, piwo a nawet nalewkę. Ale Bawaria to przecież kraina wspominanych już kontrastów. I tak na słodkiej mniszej wysepce, na porośniętym różami cmentarzyku śpi snem bynajmniej nie sprawiedliwego Generaloberst Alfred Jodl, stracony w Norymberdze...
Heilsbronn to niewielkie miasteczko w okolicach Norymbergi. Można tu łatwo trafić z Norymbergi kierując się albo drogą numer 14 (cały czas prosto, póki nie trafimy do Heilsbronn) lub autostradą numer 6, zjeżdżając z niej zjazdem w okolicach Hammerschmeide i Geischenhof. Nawet bez GPSa łatwo tu trafić, a będąc w Norymberdze warto zrobić sobie wycieczkę, chociażby po to, żeby po drodze napatrzyć się na sielskie, bawarskie wioski rodem z bajki o trzech świnkach.
Cysterskie opactwo w Heilsbronn zostało ufundowane w XII wieku przez świętego Ottona z Bambergu, który sprowadził tu cysterskich mnichów z Ebrach. W swoich czasach klasztor w Heilsbronn był niezwykle bogaty i nowoczesny (posiadał m.in. własny szpital dla pielgrzymów). Klasztor znajdował się pod opieką najpierw książąt Abenberg, a potem Hohenzollernów, burgrabiów Norymbergi, których pochówki (o wysokiej wartości artystycznej) dzisiaj znajdują się w kościele. Klasztor popadł w kłopoty w czasie reformacji, kiedy to jego opaci zaczęli skłaniać się ku naukom Lutra, po czym ostatecznie w XVII wieku klasztor został rozwiązany.
Do dzisiaj z dawnego klasztoru przetrwał kościół, znajdujący się nieopodal kościoła refektarz, kaplica szpitalna oraz fragmenty murów. Kościół całe szczęście zachował swój romański charakter, mimo licznych, gotyckich przebudów. Możemy dziś podziwiać piękno romańskich murów oraz detali rzeźbiarskich portali, fryzów arkadkowych i obramowań okiennych. Wnętrza kościoła - o którym wiedzieliśmy, że warte jest zobaczenia, przez swoje potężne arkady międzynawowe oparte na filarach o kostkowych kapitelach, podtrzymujące masywną, romańską ścianę z rozglifionymi okienkami - niestety nie udało nam się zobaczyć. Spóźniliśmy się... Radzimy zatem wybierać się do Heilsbronn w godzinach wczesnopopołudniowych lub porannych. Kościół jest pięknie odrestaurowany i utrzymany - aż miło popatrzeć.
Choć niepocieszeni, że nie zobaczyliśmy wnętrza, spędziliśmy w Heilsbronn urocze popołudnie, siedząc na ryneczku przy kawiarnianym stoliku, w otoczeniu miejscowych popijających popołudniowe piwo lub sznapsa. Żyć, nie umierać...
Coś bardzo nie chciało, żebyśmy przyjechali do Kastl... Chociaż wiedzieliśmy, gdzie chcemy dojechać i mniej więcej jak (z autostrady 6 należy zjechać na drogę numer 299 na południe - przy niej znajduje się Kastl), to nasz GPS uparcie nakazywał nam "zawrócić, jeśli to możliwe" i kilka razy próbował nas oszukać twierdząc, że "jesteś u celu". Ale mieliśmy również pomoce analogowe w postaci atlasu samochodowego Europy i udało nam się jakoś trafić na miejsce. Samo miasteczko wyglądało na wyludnione - spotkaliśmy tylko jednego, niezbyt reprezentacyjnie wyglądającego kota, który odprowadził nas kawałek, po czym demonstracyjnie zawrócił. Wspinaliśmy się dobre kilka minut na wzgórze, na którym stoi dawny klasztor benedyktynów z kościołem św. Piotra i - jakie było nasze zdziwienie ( po pierwsze było późno - powili zmierzchało, po drugie w dawnych zabudowaniach klasztornych dzisiaj znajduje się szkoła, a były przecież wakacje), kiedy pchnąwszy bramę okazało się, że jest ona... otwarta. Na szkolnych dziedzińcach również nie spotkaliśmy nikogo. Przygotowani byliśmy, że kościół zastaniemy zamknięty, przerabialiśmy to już przecież tyle razy. Ale - o dziwo - kościół również był otwarty. W środku panowały egipskie ciemności, udało nam się znaleźć włącznik światła w kruchcie i oświetlając sobie wnętrze lampą błyskową rozpoczęliśmy zwiedzanie...
Klasztor benedyktynów w Kastl został ufundowany w XI wieku, następnie w XVI wieku przeszedł w ręce jezuitów, potem kawalerów maltańskich, po czym po sekularyzacji został zamieniony na szkołę. Z romańskich czasów do dziś przetrwał kościół św. Piotra. Nosi on ślady gotyckich przebudów - dobudowań, ale generalnie jego forma pozostała niezmieniona. Kościół jest trójnawową bazyliką o nawach zakończonych apsydami. Masywne filary i kolumny międzynawowe podtrzymują arkady o pełnym łuku. W prezbiterium zachowało się sklepienie unikalne (ze względu na swoje rozmiary) sklepienie kolebkowe. W tym momencie wypada nam przeprosić za jakość dokumentacji fotograficznej tego wpisu - po pierwsze odwiedziliśmy Kastl w drodze powrotnej z Ratyzbony, a tam było co fotografować, poza tym musieliśmy sobie oświetlać mroczny obiekt lampą błyskową i po paru zdjęciach bateria odmówiła posłuszeństwa.
Od zachodu do kościoła dobudowano potężną, gotycką kruchtę, w której spotkała nas niecodzienna przygoda... W owej kruchcie pochowana jest księżniczka Anna, córka cesarza Ludwika IV, zmarła w podróży w 1319 roku w wieku lat trzech. Kiedy w XVIII wieku ekshumowano księżniczkę, okazało się, że zwłoki są zmumifikowane. Dziś mumia nie jest wystawiona na widok publiczny, obok nagrobka znajduje się tylko zdjęcie dziewczynki. Kiedy Michał na widok zdjęcia księżniczki zażartował - "popatrz, ufoludek", nagle potężny wiatr trzasnął drzwiami od kościoła, zerwała się burza, a lampa błyskowa odmówiła posłuszeństwa. Zostaliśmy sami w ciemnym kościele, w środku burzy, w towarzystwie rozzłoszczonej obcesowym potraktowaniem księżniczki.
Opuściliśmy Kastl w pośpiechu, uciekając w strugach deszczu z nawiedzonego kościoła. Może wrócimy tu kiedyś pamiętając o wyborze pory dnia i naładowaniu baterii. I na pewno nie będziemy komentować urody księżniczki Anny...
Norymberga - śliczne miasto średniowiecznych (chociaż podniesionych z ruin po alianckich bombardowaniach) uliczek, gotyckich kościołów, pierników znane z Albrechta Dürera (którego słynny autoportret można podziwiać w niedalekim Monachium, w Starej Pinakotece), Wita Stwosza i, hm, NSDAP, ale ten smutny fakt może przemilczymy - to niezwykle ważne dla średniowiecznej historii Niemiec miejsce. To między innymi stąd, z położonego na wzgórzu nieco ponad miastem Kaiserburgu, władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego zawiadywali połową Europy przez pięć wieków.
Wspomniany Kaiserburg został zbudowany jako rezydencja cesarza Henryka III i swoją historią sięga XI wieku. W XII wieku cesarz Fryderyk I Barbarossa i jego następcy uczynili z niego najbardziej okazałą rezydencję królewską ówczesnej Europy. To, co nas najbardziej interesuje w norymberskim zamku, to pochodząca z czasów Hohenstaufów, a więc z przełomu XII i XIII wieku kaplica cesarska - niezwykle oryginalne rozwiązanie wielopoziomowego kościoła przeznaczonego dla możnych i rodziny cesarskiej.
Kaplica rzuca się w oczy już od samego wejścia na dziedziniec - jej romańskie mury zdoni misterny fryz akradkowy a nad nim ząbkowy. Na murze umieszczono też kilka zniszczonych, romańskich rzeźb. Ale to, co najpiękniejsze - jest w środku. Zatem zupełnie zrozumiała była nasza rozpacz i zdenerwowanie, kiedy okazało się po wejściu do tego niezwykłego wnętrza, że... rozładowała nam się bateria w aparacie (cóż, spacer po Norymberdze był niezwykle owocny). Uprzejmie więc przepraszamy za jakość dokumentacji fotograficznej - zdjęcia robiliśmy telefonem i lustrzanką na czarno-białym filmie. Ale staraliśmy się, jak mogliśmy.
Wetrykalne ukształtowanie przestrzeni wewnątrz kaplicy doskonale oddaje ówczesną hierarchię społeczną. Parter kaplicy, niższy, ciemniejszy, ze sklepieniem krzyżowym osadzonym na grubych i przysadzistych kolumnach, przeznaczony był dla szlachty i możnych o niższym statusie. Wyższe piętro - otwarte na parter centralnie umieszczoną, kwadratową dziurą w podłodze, przeznaczone było dla możnych bliższych rodzinie cesarskiej. Dla rodziny cesarskiej miejsce było zarezerwowane na zachodniej emporze, położonej jeszcze wyżej.
Sama kaplica (jej oba piętra) zbudowana jest na planie kwadratu, z niewielkim, prosto zamkniętym prezbiterium. Przestrzeń wewnątrz dzielą dwie pary kolumn (niższych, bardziej przysadzistych) na dole i dwie pary kolumn na górze (węższych, wyższych, bardziej filigranowych). Oba piętra przekrywają sklepienia krzyżowe. Prezbiterium otwiera się na nawę potężną, pięknie zdobioną archiwoltą. Kapitele kolumienek zarówno nawy dolnej, jak i górnej (dziwnie to brzmi, przyzwyczailiśmy się do nawy głównej i naw bocznych)są pięknie zdobione motywami roślinnymi i zwierzęcymi. W prezbiterium uwagę zwraca gotycki krucyfiks autorstwa Wita Stwosza.
Nie możemy sobie darować tej fotograficznej wpadki z cesarską kaplicą w Norymberdze. Cóż, przynajmniej mamy pretekst, żeby tu wrócić!
Kościół św. Sebalda to najstarszy kościół Norymbergi. W przeszłości spełniał funkcję kościoła parafialnego. To, co dzisiaj możemy podziwiać, to arcydzieło sztuki konserwacji zabytków - Norymberga potwornie ucierpiała podczas II wojny światowej. Wszystkie jej kościoły - w tym kościół św. Sebalda - zostały pieczołowicie podniesione z gruzów.
Kościół św. Sebalda powstał w XIII wieku jako trójnawowa, dwuchórowa bazylika z transeptem, z dwuwieżową zachodnią fasadą. Szybko jednak w bryle kościoła zaczęły zachodzić zmiany, które powoli przeistaczały kościół św. Sebalda w kościół gotycki. Najpierw poszerzono nawy boczne, podniesiono wieże i apsydę zachodniego chóru. Na koniec rozebrano chór i w jego miejscu wybudowano potężne, halowe prezbiterium. Na koniec nie oszczędził kościoła też barok, który dodał swoje całe szczęście niezbyt nachalne trzy grosze.
Z zewnątrz niewielkich romańskich pozostałości należy szukać wśród wszędobylskiego gotyku. Apsyda zachodnia zdobiona jest lizenami i misternym fryzem arkadkowym. Fryz arkadkowy dostrzec można również pod samym dachem, nad oknami nawy głównej. Na południe od zachodniej apsydy znajduje się niewielki, uskokowy portal, z prostymi łukami archiwolty opartymi na dekorowanych w liście kapitelach kolumienek. W łuku archiwolty znajduje się rzeźbiony tympanon.
Wewnątrz zachodnia apsyda i nawa główna zachowały romański charakter. Potężne arkady międzynawowe mają już ostre łuki - ponad nimi, poniżej okien, znajdują się niewielkie tetraforia, oparte na masywnych, grubych a krótkich kolumienkach o ciekawych kapitelach. Szczególnie zwracają uwagę te rzeźbione w ludzkie twarze. Wiązkowe filary międzynawowe są masywne, podobnie jak służki sklepienne, na których opiera się krzyżowo-żebrowe sklepienie, którego przęsła oddzielone są wydatnymi gurtami.
Zachodnia apsyda dzisiaj ma gotyckie, wysokie okna i zamiast konchy - żebra. Poniżej okien zachowały się trójlistne nisze oparte na kolumienkach. Niewielkie biforia otwierają się na umiejscowione w wieżach kaplice.
Kościół św. Sebalda ma dla nas również znaczenie sentymentalne - tutaj, jako młodzi posiadacze kupionej kilka dni wcześniej lustrzanki cyfrowej odkryliśmy po raz pierwszy możliwości, jakie w mrocznych, romańskich wnętrzach daje ISO 1600 :)
Kościół i opactwo św. Emmerama sięgają swoimi początkami VII i VIII wieku. Przykład św. Emmerama pokazuje, jak można zostać świętym męczennikiem z wyjątkowo głupiego powodu. Kim był zatem św. Emmeram? Frankijskim biskupem, który w VII wieku przybył do Bawarii, gdyż doszły go słuchy o przypadkach idolatrii, które miałyby tam mieć miejsce. Został przyjęty na dworze księcia bawarskiego Theodo I, gdzie szybko zyskał sobie opinię nobliwego i świątobliwego męża i działał jako misjonarz przez kilka lat. Kiedy córka księcia, Uta zwierzyła mu się, że została uwiedziona przez jednego z dworzan jej ojca i spodziewa się dziecka, św. Emmeram wpadł na genialny pomysł. Polecił dziewczynie, że kiedy wyjedzie do Rzymu, ma powiedzieć swojemu ojcu, że to on, biskup Emmeram, jest ojcem dziecka. Uta posłuchała rady świątobliwego męża, i kiedy ten wyruszył do Rzymu, przekazała ojcu radosną nowinę. Jak można się domyśleć, książę wpadł we wściekłość. I natychmiast wysłał pościg za nieszczęsnym biskupem. W miejscowości Helfendorf książęcy gniew dogonił biskupa, któremu natychmiast zgotowano wymyślne tortury ze skutkiem śmiertelnym. W taki to oto sposób biskup Emmeram został świętym.
Rekonstrukcja wnętrza kościoła z 1166 roku (von Jochen Zink)Ciało świętego męczennika szybko sprowadzono do Ratyzbony i pochowano w kościele św. Jerzego. Do grobu świętego Emmerama zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów - kościół św. Jerzego nie mógł ich wszystkich przyjąć. Opactwo św. Emmerama, klasztor benedyktynów zostało ufundowane w 739 roku. Bazylikę św. Emmerama zbudowano w miejscu wcześniejszego, wczesnochrześcijańskiego założenia kościelnego z czasów późnorzymskich, w zasadzie na jego planie. Założenie to - mimo późniejszych przebudów i zmian, pozostało w gruncie niezmienione. W apsydzie głównej znalazł miejsce nagrobek św. Emmerama, a na pozostałe święte pochówki miejsce zostało przeznaczone w okrągłej krypcie (Ringkrypta). Kościół zbudowano jako monumentalną, trójnawową bazylikę z trzema chórami (na zakończeniu nawy głównej i naw bocznych).
Samo opactwo odgrywało w średniowieczu wielką rolę w życiu ówczesnej Bawarii. Jego opaci byli orędownikami reformy monastycznej związanej z opactwem w Gorze. Św. Wolfgang w X wieku doprowadził też do rozdzielenie funkcji opata i biskupa Ratyzbony. Z klasztornego skryptorium wychodziły niezwykłe dzieła sztuki, jak chociażby Kodeks Uty, czy sakramentarz Henryka II, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. W XIII wieku klasztor uzyskał tytuł cesarskiego opactwa podległego tylko cesarzowi, a w XVIII wieku opaci uzyskali tytuł książęcy. W XIX wieku, po sekularyzacji, budynki klasztorne zostały przejęte przez książąt Thurn und Taxis (znane są dzisiaj jako Zamek Thurn und Taxis), a kościół stał się kościołem parafialnym.
Pierwsza znacząca znacząca przebudowa miała miejsce w 980 roku i polegała na dobudowaniu od wschodu jeszcze jednej krypty - krypty Ramwolda (błogosławionego opata). Dziś krypta Ramwolda nosi ślady barokowych ingerencji i zatraciła swój pierwotny charakter. Kolejna rozbudowa to rok 1049, kiedy to rozebrana zostaje zachodnia fasada i dobudowany potężny, wydzielony zachodni transept z własnym chórem oraz krytą św. Wolfganga. Choć dziś wystrój transeptu jest barokowy, to sam jego ogrom i surowość jego przestrzennej formy robi wrażenie. Kaplica św. Wolfganga to małe arcydzieło romańskiego stylu. Filigranowe, wieloboczne kolumienki podtrzymują sklepienie krzyżowe, a pod ścianą znajdujemy romański tron biskupi. Niestety w 1166 roku potężny pożar niszczy kościół i budynki klasztorne. Kościół zostaje podniesiony z ruin, odbudowany z pieczołowitą wiernością oryginałowi. Z okresu odbudowy kościoła pochodzi również imponująca hala wejściowa (Vorhalle - translate.google.com uroczo tłumaczy to słowo jako "ganek") złożona z czterech przęseł z masywnym filarem pośrodku, sklepiona krzyżowo. Kolejny pożar niszczy dach kościoła w XVII wieku. Wieża kościoła jest renesansowa. Swój obecny, barokowy wystrój, kościół otrzymał w XVIII wieku i od tego czasu wnętrze kościoła wygląda trochę jak ciastko z kremem.
Ale całe szczęście, nie wszystko pokryły barokowe stiuki i miłośnicy romanizmu mogą tutaj znaleźć niejedną perełkę, jak chociażby romańskie płyty nagrobne czy płaskorzeźby św. Emmerama i Chrystusa z XI wieku. Największe wrażenie robią wypreparowane spod tynku ściany oddzielające chóry boczne od chóru głównego, z biforiami, na których zachowały się resztki oryginalnych kolorów. Hala wejściowa, krypta św. Wolfganga, majestatyczny transept - również są w stanie powalić na kolana.
Pokrzepieni u źródeł romanizmu - bo przecież początki bazyliki sięgają czasów karolińskich - ruszamy na ulice Ratyzbony, gdzie czeka nas jeszcze niejedno małe, romańskie objawienie.
Do klasztoru Niedermünster trafiliśmy przypadkiem, zobaczywszy wystające nad okoliczne budynki romańskie wieże natychmiast podążyliśmy w tamtym kierunku. Przewodnik Pascala w ogóle o nim nie wspomina (wstyd!) o tym miejscu, a było ono niezwykle ważne dla średniowiecznej Ratyzbony.
Klasztor kanoniczek Niedermünster został ufundowany w 788 roku przez bawarskiego księcia Tassilo III, chociaż tradycyjnie jego powstanie wiąże się z osobą św. Erharda (ok. 700 roku). Jest on patronem klasztoru i tu spoczywają jego relikwie. Klasztor Niedermünster stał się wkrótce jednym z najbardziej wpływowych żeńskich zgromadzeń klasztornych w ówczesnych Niemczech. Pod koniec X wieku klasztor został gruntownie przebudowany przez księcia bawarskiego Henryka I, który również hojnie obdarował klasztor. Sam książę został tu pochowany, podobnie jak jego żona Judyta, która po jego śmierci przyjęła welon zakonny i została ksienią zgromadzenia. W czasach ottońskich klasztor, faworyzowany przez władców, obrastał w dobra materialne, uzyskiwał przywileje i zyskiwał potęgę. Wraz z ufundowaniem przez Henryka II katedry w Bambergu klasztor traci na znaczeniu. Ostatecznie klasztor zlikwidowano w XIX wieku. Kościół stał się kościołem parafialnym, a budynki klasztorne przejęło na biura biskupstwo Ratyzbony.
Dla klasztoru Niedermünster powstało również arcydzieło sztuki romańskiej - Kodeks Uty. Uta była w XI wieku ksienią klasztoru, w czasach reformy klasztornej, której centrum stał się Regensburg. Bogato zdobiony złotem ewangeliarz zawiera romańskie miniatury przedstawiające m.in. św. Erharda celebrującego mszę czy Utę ofiarowującą kodeks Maryi Dziewicy. Stąd pochodzi też słynny krzyż, ofiarowany przez królową Gizelę, córkę Henryka II a żonę węgierskiego króla Stefana I na grób matki, która również jest tu pochowana. Dziś niezwykły krzyż, arcydzieło romanizmu, znajduje się w monachijskim Residenz Museum.
Dzisiejszy kościół zastąpił ottońską bazylikę po pożarze w XII wieku (z pożaru ocalała krypta św. Erharda).
Kościół jest prostą, dwuwieżową bazyliką bez transeptu, z prezbiterium zamkniętym apsydą. Po bokach prezbiterium znajdują się dwie kaplice, które otwarte były do prezbiterium biforiami. Do środka prowadzą dwa portale. Południowy - uskokowy (dwie kolumienki) o prostej archiwolcie, z gładkim tympanonem. Zachodni - mniej więcej podobny, z kapitelami kolumienek zdobionymi liśćmi akantu, z prostą archiwoltą i gładkim tympanonem.
Wnętrze kościoła zostało w XVII/XVIII wieku zbarokizowane (m.in. dodano barokowe sklepienia). Dziś spacerując po kościele można tropić romańskie pozostałości - biforia oddzielające kaplice boczne od prezbiterium. Wewnątrz zachowały się liczne pozostałości fresków - najwięcej w prezbiterium, szczególne wrażenie sprawia olbrzymi Chrystus Królujący na zachodniej ścianie.
Niezwykła jest Ratyzbona, z jej romańskimi skarbami porozrzucanymi od niechcenia po całym mieście, przycupniętymi tu i ówdzie. A każdy, jak mu się bliżej przyjrzeć, kryje za sobą wielką historię...
Jeszcze jedna bura dla przewodnika Pascala po Niemczech - kościoła św. Jakuba tam w ogóle nie ma. O jego istnieniu dowiedzieliśmy się z bardzo przydatnej ulotki "Grüß Gott in Regensburg", którą dostaliśmy w Muzeum Diecezjalnym w kościele św. Ulryka. Na zdjęciu zobaczyliśmy dwie romańskie wieże i niezbyt wyraźny zarys olbrzymiego portalu skrytego za szklano-metalową konstrukcją. Nasz kulawy niemiecki pozwolił nam wyczytać, że dawny klasztor benedyktynów i "Szkocki kościół" św. Jakuba to przykład wysokiej sztuki romańskiej, jeden z najcenniejszych zabytków południowych Niemiec. Zimny dreszcz przebiegł nam po plecach - a mogliśmy to przegapić...
Klasztor w Ratyzbonie zwany "Szkockim klasztorem" został ufundowany w XI wieku. Sprowadzono tu irlandzkich misjonarzy (w ówczesnej łacinie wielkiej różnicy między Szkotami a Irlandczykami nie dostrzegano), którzy w średniowieczu nieśli celtyckie odrodzenie chrześcijaństwa całej Europie. Szkockim benedyktynom klasztor został przekazany w XVI wieku. Pierwszy kościół klasztorny powstał w XI wieku i została z niego cześć wschodnia, z wieżami i apsydami. Kościół pod wezwaniem św. Jakuba i św. Gertrudy w dzisiejszym kształcie pochodzi z drugiej połowy XII wieku. To trójnawowa bazylika z transeptem - ale jednak dość nietypowa. Transept wylądował bowiem na zachodnim krańcu, a wieże - na wschodzie. Wieże posiadają dwa poziomy biforiów, a całość kościoła obiega delikatny fryz arkadkowy. Budynki klasztorne po licznych pożarach i przebudowach nie mają już w sobie niestety nic romańskiego.
Wnętrze kościoła jest proste i dostojne. Wysokie, monumentalne kolumny międzynawowe podtrzymują majestatyczną ścianę nawy głównej zwieńczoną drewnianym stropem. Nawy boczne sklepione są sklepieniami krzyżowymi. Prezbiterium i nawy boczne zamknięte są apsydami. Kościół oświetlają niewielkie, rozglifione okienka, a także uroczy czteroliść, który zainspirował nas fotograficznie, rzucając niezwykłą plamę światła na kolumnę i umieszczoną przy niej figurę Chrystusa. Kapitele kolumn są bogato i ciekawie zdobione w maski, dzikie zwierzęta, "dzikich ludzi" (skoro szkocki kościół, nasze skojarzenia od razu pobiegły w stronę kaplicy w Roslyn), motywy roślinne i geometryczne. Ciekawym zabytkiem sztuki romańskiej we wnętrzu kościoła są też umieszczone na belce tęczowej pochodzące z końca XII wieku figury tworzące grupę Ukrzyżowania.
Ale to, co najważniejsze, mieści się na zewnątrz. To niezwykły, ogromny, bogato dekorowany portal północny. Składa się on z samego uskokowego portalu z bogato dekorowanymi ościeżami, archiwoltą i tympanonem oraz szerokiego obramowania. Przestrzeń portalu (za co uważamy całość, razem z obramowaniem) podzielona jest w poziomie na trzy części, odpowiadające ościeżom, tympanonowi i temu, co powyżej. Strona lewa różni się też od prawej. Na dolnym lewym poziomie w centrum odnajdujemy rzeźbę Maryi z Dzieciątkiem w otoczeniu obejmujących się postaci ludzkich (mających symbolizować harmonię). Po prawej stronie znajdujemy za to dzikie bestie i najprawdopodobniej Antychrysta. Lewa strona zatem symbolizuje t dobro, a prawa - zło. Poniżej centralnych rzeźb po lewej stronie znajdujemy smoka połykającego lwa i wynurzającą się syrenę (symbol pokusy), a po prawej - krokodyla połykającego hydrę zawiniętą w glinę. Istnieje interpretacja, według której rzeźba ta odnosi się do średniowiecznej legendy o hydrze, która połknięta przez krokodyla niszczy go od środka (co z kolei zestawiano teologicznie ze zstąpieniem Jezusa do piekieł). Środkowa część portalu - z tympanonem - również odzwierciedla podział na dobro i zło - po lewej stronie mamy alegorie cnót, po prawej - przywar (co z kolei od razu skojarzyło nam się z kolumnami ze Strzelna). Sam tympanon przedstawia Chrystusa Królującego w otoczeniu św. Jakuba i św. Jana. Najwyższy poziom - ponad tympanonem - to najprawdopodobniej przedstawienie Sądu Ostatecznego. Sama archiwolta i kolumienki portalu zasługują również na uwagę. Bogate dekoracje figuralne, roślinne i geometryczne mogą zagwarantować kilka dobrych godzin fascynującego studiowania maniakom sztuki romańskiej.
Tak, portal Szkockiego Kościoła w Ratyzbonie można studiować godzinami, jet jak wielka księga pełna historii, których nie bardzo możemy zrozumieć, gdyż ich symbolika zatarła się i stała się niejasna. Co nie znaczy, że nie możemy się nimi zachwycać.
Na Domplatzu w Regensburgu (inaczej - Ratyzbonie) króluje nieodmiennie olbrzymia, zapierająca dech w piersiach gotycka katedra. Niewielki, niski, bezwieżowy kościół w rogu placu łatwo pominąć, zapatrzywszy się wysoko na strzelisty gotyk. Ale gotyk nie odwróci naszej uwagi - kierujemy swe kroki prosto do św. Ulryka.
Kościół św. Ulryka powstał na początku XIII wieku jako kaplica pałacowa, a dzisiaj pełni funkcję muzeum diecezjalnego, z bardzo ciekawą (polecamy!) kolekcją sztuki sakralnej, od romanizmu do rokoka. Kościół ten to przykład stylu przejściowego, od romanizmu do gotyku. A sama jego forma jest przedziwna...
Do kościoła prowadzą dwa portale - zachodni (dwudzielny, o prostej archiwolcie i dwóch parach kolumienek po bokach) oraz południowy (o tympanonie z przedstawieniem Chrystusa i aniołów po jego prawej i lewej stronie. Tympanon od dołu podtrzymują dwie rzeźbione postacie). Dziś do środka wchodzi się przez portal zachodni, do kruchty, gdzie kupić można (a nawet trzeba) bilety do muzeum. A potem - wchodzimy do wnętrza, które jest podobne absolutnie do niczego - do żadnego innego romańskiego wnętrza, jakie kojarzymy.
Nawa główna - choć mamy pewne wątpliwości, czy można nazwać ją nawą główną - jest szeroka i wysoka, kryta stropem. Nawy boczne oddzielają niskie, przysadziste arkady o łuku ostrym. Nawy boczne są sklepione sklepieniami krzyżowo - żebrowymi. I w zasadzie nawy boczne obiegają kościół dookoła. Bo prezbiterium znajduje się na piętrze. Poziom empory również obiega kościół dookoła - mamy tu nawy boczne, emporę zachodnią oraz - prezbiterium. Wszystko sklepione sklepieniami krzyżowo - żebrowymi. Ponad górnym piętrem wznosi się jeszcze wysoka, oświetlona poziomem okien ściana nawy głównej, zwieńczona monumentalnym stropem. W taki to ciekawy a skomplikowany sposób zorganizowana jest przestrzeń w kościele św. Ulryka. Nasze skojarzenia szły w stronę sali gimnastycznej.
Kościół w swej długiej historii był wielokrotnie polichromowany, resztki tych polichromii - w tym romańskich - można znaleźć w różnych punktach kościoła.
Po kościele św. Ulryka można chodzić w kółko - dosłownie i w przenośni. Jego dziwaczna, ale interesująca forma intryguje, a wystawa sztuki sakralnej naprawdę wciąga. Ale w Ratyzbonie czeka nas jeszcze wiele intrygujących zabytków romańskich, więc ruszamy w dalszą drogę, w poczuciu, że romanizm też potrafi zaskakiwać.
Ratyzbona to miejsce niezwykłe. Idąc po prostu ulicą natykamy się co rusz na jakieś romańskie pozostałości. Tu biforium, triforium, tam portalik, tu apsydka. Tak po prostu. Tak od niechcenia. Tak przy ulicy.
Pierwszym, zwracającym uwagę zabytkiem z czasów romańskich jest most - Steinerne Brücke (czyli po prostu Kamienny Most, dodajmy na Dunaju), wybudowany w latach 1135-1146. Był on ufortyfikowany, broniły go na jego krańcach dwie wieże, z których zachowała się jedna, mieszcząca dzisiaj muzeum. Most ten stał się wzorem sztuki budowania mostów na długie lata, stanowi też pierwowzór mostu Karola w Pradze.
W okolicach mostu natykamy się na pierwszy, konfundujący zabytek romański - kościółek zamieniony na... kamienicę (a w zasadzie jego mury weszły w skład muru kamienicy, która jest znacznie większa i wyższa, niż kiedyś był kościół). To dawna kaplica św. Jerzego z XII wieku. Zbudowany z czerwonego kamienia, z fryzem arkadkowym i lizenami zdobiącymi apsydę, z uroczym, niewielkim portalikiem stanowi intrygujący przystanek przy ulicy. Wewnątrz, na parterze znajduje się sklep odzieżowy.
Kolejny kościółek, to tzw. Kreuzkapelle im Bach, czyli kaplica domowa, z której został w zasadzie tylko portal, zdradzający pokrewieństwo ze szkockim kościołem św. Jakuba. Musieliśmy sprawić ekspedientkom znajdującego się wewnątrz sklepu sporo radości, fotografując się zawzięcie przed sklepem.
Na koniec Herzogshof, czyli pałac książęcy, dzisiaj zamieniony na... hotel, z uroczymi biforium, triforium i tetraforium. Dużo dalibyśmy za noc w tym hotelu, ale chyba jednak nie tyle, ile stoi w cenniku. Pozostało nam przyglądanie się z zewnątrz. Nieopodal - potężna, obronna romańska wieża.
Ratyzbona zaskakuje, dopada swoim romańskim splendorem w najmniej oczekiwanym momencie. Po ulicach Ratyzbony chodzimy lekko skołowani, zastanawiając się, co nas czeka za następnym rogiem. Opuścimy Ratyzbonę z lekkim zawrotem głowy, chociaż nie z przesytem.
Piękna i majestatyczna katedra św. Piotra w Ratyzbonie zachwyca swoim gotyckim pięknem. Ale dla nas ważniejsze, niż gotyckie witraże, a nawet sam uśmiechnięty Archanioł Gabriel, są podziemia katedry kryjące romańskie pozostałości.
Pierwsza katedra w Ratyzbonie powstała w VIII wieku w miejscu dzisiejszego kościoła Niedermünster. Pierwsza katedra w miejscu dzisiejszej została zbudowana w czasach Karolingów i rozbudowana w XII
wieku osiągając imponujące rozmiary - była to olbrzymia (większa niż ta obecna, gotycka) bazylika z transeptem i atrium. Ale niestety nie miała szczęścia - w XII wieku spłonęła dwa razy. Wtedy podjęto decyzję o jej rozbiórce i wybudowaniu nowej, gotyckiej.
To, co dzisiaj możemy oglądać w podziemiach katedry to pozostałości krypty jej poprzedniczki - bazy kolumn i same, zachowane kolumny, o kapitelach zdobionych w formę krzyża przypominającego obłą, plecioną swastykę (który skojarzył się nam od razu ze swastyką z Kruszwicy).
Może to i niewiele, jak na pozostałości majestatycznej, karolińskiej katedry, która kiedyś musiała olśniewać swoim ogromem. Ale dla nas każdy romański kamień jest ważny!
Zapraszamy do Rumunii, gdzie czekają nas romańskie skarby - transylwańskie warowne kościoły kryjące tajemnice zakonów rycerskich, od wieków wykorzystywane przez miejscowych do obrony przed najeźdźcami. Rumunia to niezwykły kraj cudownych, bezpośrednich ludzi, malowanych monastyrów, najlepszego bimbru na świecie, mamałygi, która o dziwo okazała się bardzo smaczna i romańskich cudeniek zagubionych wśród pól i wzgórz, gdzie dojechać można nierzadko tylko drogą gruntową lub dojść na piechotę. Zapraszamy na romańską wyprawę w nieznane!
To była już ostatnia prosta przed przejściem granicznym w Satu Mare, kiedy z piskiem hamulców zatrzymaliśmy się miejscowości Acas. Naszą uwagę przykuł wielki, monumentalny ceglany kościół romański, stojący jakby nigdy nic, w środku nigdzie, gdzieś po drodze z Kluż-Napoca do Satu Mare (dodajmy - E81). Długo chodziliśmy, przecierając oczy, zaglądając przez zamknięte na głucho ogrodzenie zastanawiając się - nie dowierzając - czy rzeczywiście mamy do czynienia z romanizmem, czy z jakimś poślednim "neo". Kartkowany nerwowo przewodnik milczał. Lokalnego opiekuna tego kościoła też się nam nie udało znaleźć - była pora poobiedniej sjesty. Zrobiliśmy swoje wyciągając szyje i ręce z aparatem ponad ogrodzenie i - pojechaliśmy dalej, świętować pierwszą rocznicę ślubu w malowniczym Tokaju, przy kieliszku jakiegoś dobrego Aszu.
Z naszych późniejszych internetowych poszukiwań dowiedzieliśmy się, że budowla jest rzeczywiście romańska (cóż, nasz instynkt nas nie zmylił), wniesiona na przełomie XII i XIII wieku przez benedyktynów. To tyle, resztę musieliśmy dopowiedzieć sobie sami.
Kościół w Acas to monumentalna bazylika bez transeptu, zamknięta od wschodu apsydą, od zachodu - dwuwieżową fasadą. Ściany naw, apsydy oraz wież zdobi fryz arkadkowy. Wieże mają dwa poziomy (oddzielone fragmentami fryzu arkadkowego) biforiów o klasycznych, kostkowych kapitelach. Wieże wieńczą ceglane hełmy z uroczymi mansardkami po każdej stronie. Okna poniżej biforiów to wąziutkie szparki, pozostałe okna nawy głównej i bocznej (ściana północna) są klasycznie rozglifione. Do kościoła prowadzą trzy portale - jeden od strony zachodniej, przez niewielką kruchtę o spadzistym dachu, jeden od strony północnej, bardzo prosty, o gładkim tympanonie, a drugi, analogiczny - od południowej. Z tych trzech portali bardziej autentycznie wyglądają północny i południowy. Od strony północnej kościół ma okna tylko w nawie głównej, ściana nawy bocznej jest gładka, przedłużona na apsydę (czyżby tutaj przylegały pomieszczenia klasztorne?). Niestety nie udało się nam zrobić zdjęć strony północnej, ani wejść do wnętrza (to by było dopiero ciekawe!).
Trudno polecać Acas amatorom rumuńskich zabytków romańskich ze względu na jego niedostępność. A może to my mieliśmy pecha? Zapraszamy zatem romańskich podróżników do Acas - i do podzielenia się wrażeniami i zdjęciami wnętrza. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Do Alba Julia trudno nie trafić - to jedno z większych i starszych miast Transylwanii. Historia tego miasta sięga czasów rzymskich, kiedy to za czasów cesarza Trajana założono tu osadę Apulum, która wkrótce zostanie stolicą prowincji. W XI wieku usytuowano tu biskupstwo misyjne, Alba Julia była też stolicą Księstwa Siedmiogrodu. Dziś do Białogrodu Julijskiego, bo tak brzmi staropolska nazwa stolicy Siedmiogrodu, dojechać można drogą E81 z Klużu i Satu Mare.
Katedrę św. Michała, jeden z najpiękniejszych zabytków romańskich Rumunii, odnajdujemy na terenie barokowej twierdzy Alba Carolina, jednej z niewielu zachowanych w tak dobrym stanie cytadeli europejskich. Na miejscu dzisiejszej katedry w X wieku stała mała rotunda, której fundamenty możemy dziś oglądać w nawie południowej, następny etap do bazylika z XI wieku zbudowana przez króla Władysława I Świętego, zniszczona przez najazd tatarski. Na jej miejscu w XIII wieku rozpoczęto budowę obecnej katedry. W pracach budowlanych w pewnym momencie nastąpiła przerwa, niedokończony kościół podupadł. Budowę zakończył architekt Jan Saint-Die, już w stylu gotyckim. Do tego etapu budowy należy już wielobocznie zamknięte prezbiterium i dość oryginalnie rozwiązana fasada zachodnia.
Katedra św. Michała to klasycznie romańska trójnawowa bazylika z transeptem. Ramiona transeptu od wschodu zakończone są apsydami, apsydą miało również być zakończone prezbiterium. W projekcie przewidziane były dwie wieże zachodnie, jednak dziś stoi jedna (i do tego zapakowana w plastik, w renowacji). Wewnątrz kościół zachował się w prawie idealnym stanie, doceniamy fakt, że nie ma tutaj wszędobylskiego, dominującego u nas baroku. Potężne sklepienia krzyżowe opierają się na masywnych, wiązkowych filarach i wysokiej ścianie nawy. Kapitele filarów i kolumienek zdobione są motywami liściastymi i guzełkami przywodzącymi na myśl kościół w Spisskiej Kapitule. Arkady międzynawowe mają już ostrołukowy wykrój. Najbardziej misterne zdobienia wewnątrz znajdujemy w apsydach transeptu. Północną apsydę obiega misterna galeryjka kolumienek spiętych łukami trójlistnymi. Kapitele kolumienek zdobią guzełki. Wnęki wypełnione były freskami, których fragmenty zachowały się do dzisiaj. Powyżej galeryjki - trzy rozglifione okienka. Południowa apsyda też zdobiona była freskami. Tutaj z kolei nad oknami (również trzy rozglifione okienka), oddzielając konchę sklepienia od ściany, znajduje się fryz arkadkowy, a nad nim - fryz ząbkowy. W szczytowych ścianach transeptu znajdują się rozety i dwa poziomy rozglifionych okienek. Takiego majestatycznego i misternego wnętrza romańskiego jeszcze nie widzieliśmy, a fakt, że jest ono tak świetnie zachowane budzi w nas euforię, podziw i lekkie uczucie zazdrości - takich wnętrz niestety nie ma w Polsce.
Na zewnątrz katedra św. Michała to zaskakujący festiwal kamieniarki. W najmniej oczekiwanych miejscach odnajdujemy tu wklejone jakby z innej bajki rzeźby, poukrywane w załomach apsydy zwielokrotnione fryzy-fraktale. Ale może po kolei. Północna ściana szczytowa transeptu ozdobiona jest czterema rzeźbami - od lewej św. Szymon Gorliwy (z piłą), św. Piotr (z kluczem) i pasyjka - umęczony Chrystus. Ponad Chrystusem - potwór : gryf? lew? Ta figura doskonale pasuje do ściany północnej, która w symbolice średniowiecznej oznaczała stronę zła i często obfitowała w figury zwierząt i potworów. Północna apsyda też ma swój "potworny" akcent - znajdujemy tu figury walczących smoków oraz dziwną figurę satyra lub "dzikiego człowieka" z brodą, który trzyma w rękach własną głowę. Apsyda zdobiona jest lizenami, pod okapem fryz arkadkowy o misternym wykroju arkadek oraz poniżej - niezwykle misterny i skomplikowany fryz o ornamencie roślinnym. Kolumienki wyznaczające lizeny mają głowice zdobione guzełkami. Południowa apsyda jest jeszcze bardziej bogato zdobiona. Tuż pod okapem apsydy mamy fryz ząbkowy, dalej - zwielokrotniony fryz arkadkowy, poniżej jeszcze jeden fryz ząbkowy. Kolumienki wyznaczające lizeny są jeszcze bardziej skomplikowane. Tu też znajdujemy ciekawe i tajemnicze rzeźby. Jest to mianowicie lew spoczywający na krowie w sposób budzący nieco konfuzji. Może jest to wizualizacja biblijnego proroctwa "lew z jagnięciem razem leżeć będą"? Jesteśmy wszelako po stronie południowej, czyli przeciwnej do złowrogiej strony północnej. Rzeźby mogą sobie tu pozwolić na nieco luzu.
Na ścianie południowej znajdujemy trójkolumnowy, uskokowy portal o gładkim tympanonie. Kolumny i wałki archiwolty są bogato zdobione ornamentami geometrycznymi i roślinnymi. Drugi portal znajduje się w ścianie również południowej nawy. Tutaj zachował się tympanon przedstawiający Trójcę Św. Tutaj również mamy trzy pary bogato zdobionych kolumienek spiętych trzema wałkami archiwolty. Kolumienki obu portali mają guzełkowo-liściaste kapitele. Cały kościół obiega fryz arkadkowy a ponad nim ząbkowy, na niedokończonej wieży na różnych poziomach znajdujemy fryz arkadowy o ostrołukowych arkadkach. Nieukończona, dwuwieżowa fasada zakładała biforia, dziś możemy obserwować pierwszy poziom biforiów, z kolumienką o guzełkowatym kapitelu.
Katedra pod wezwaniem św. Michała to miejsce niezwykle ważne dla historii Rumunii, Węgier, Polski. Tu spoczywają Izabella Jagiellonka i Jan Zygmunt Zapolya oraz członkowie rodziny Hunyady (w tym Jana Hunyady). Szczególnie dobrze chłonie się tę historię, kiedy wczesnym rankiem, gdy jeszcze nie ma turystów, zwiedza się ten niesamowity kościół przy akompaniamencie śpiewu towarzyszącego nabożeństwu odprawianemu w sąsiednim, prawosławnym Soborze Koronacyjnym.
Niedaleko Sibiu, nad rzeką Olt leży miasteczko Avrig. Łatwo tu trafić, gdyż leży przy głównej drodze z Sibiu do Braszowa (E68). Warto się tu zatrzymać w drodze z jednej transylwańskiej metropolii do drugiej, chociażby po to, aby popodziwiać panoramę gór Fogaraskich, najwyższego pasma Karpatów Południowych. Zresztą Fogarasz towarzyszy nam przez całą drogę z Braszowa do Sibiu umilając drogę spędzoną głównie w korkach spowodowanych remontami trasy.
Do Avrig docieramy o zachodzie słońca. Sympatyczna żona pastora wpuszcza nas jeszcze do ogrodu i kościoła, gdzie w towarzystwie dzieci podziwiamy to, co zostało z romańskich czasów. Kościół w Avrig zbudowali w XIII wieku saksońscy koloniści. W XVII wieku otoczono go murem, tworząc z niego namiastkę transylwańskich kościołów obronnych. Dzisiaj najciekawszy w kościele w Avrig jest portal - zdobią go dwie pary kolumienek spięte dwoma wałkami archiwolty. Gładki tympanon wypełnia późniejsza inskrypcja w języku niemieckim, zewnętrzny łuk archiwolty znaczą ślady dawnej dekoracji malarskiej. Kolumienki mają bogato zdobione motywami roślinnymi kapitele. Nad kolumienkami znajdują się też rzeźby - te po prawej stronie portalu to postacie: świętych, fundatorów (?), te po lewej są już zupełnie nierozpoznawalne (chociaż można się domyślić, że to również były... postacie).
We wnętrzu nie znajdujemy wiele romańskich pozostałości. Kruchta wieżowa zachowała krzyżowe sklepienie, prezbiterium nie, chociaż ukryte w rogach pozostałości łuków pozwalają się domyślić, że tu również znajdowało się sklepienie krzyżowe. W prezbiterium zachowała się mała piscina, po bokach nawy zaś - charakterystyczne dla transylwańskich kościołów wnęki. Na stronie internetowej regionu Avrig czytamy, że pierwotnie była to bazylika. Trochę nie chce nam się w to wierzyć.
Żegnamy się z rodziną pastora i wracamy na trasę, szukać noclegu w okolicach przeżywającego turystyczny boom Sibiu. Znajdujemy pachnący smołowanym drewnem pensjonat zagubiony u podnóży majestatycznych gór Fogarasz. Jest ciepły, letni wieczór, jest weranda i butelka wina przywieziona jeszcze z Eger. Żyć, nie umierać...
Okolice Sibiu to zagłębie romańskich zabytków. Obok niepozornego kościółka w Avrig i niesamowitej, najstarszej świątyni Transylwanii w Cisnadioarze, znajdujemy tu również obronny kościół pod wezwaniem św. Walpurgii w Cisnadie. Do miasteczka Cisnadie (niem. Heltau) trafić można zjeżdżając z głównej drogi E82 zaraz za Sibiu w prawo, zanim jeszcze droga rozgałęzi się w drogi E68 (do Braszowa) i E81 (do Rimnicu Vilcea).
Rzut kościoła obronnego w Cisnadie, stan dzisiejszy (źródło: muzeum kościoła w Cisnadie)
Przy wejściu do kościoła wita nas grupka przedsiębiorczych nastolatków pełniących funkcję obsługi turystycznej. Wszyscy są bardzo mili i bardzo starają się wypaść profesjonalnie. Sprzedają bilety, pocztówki, a około szesnastoletni Sergiu zostaje naszym przewodnikiem. Całkiem niezłym angielskim opowiada powikłane losy kościoła i prowadzi do najciekawszych miejsc. Kościół pod wezwaniem św. Walpurgii (jakie to transylwańskie!) zbudowali sascy koloniści na przełomie XII i XIII wieku. Pierwotnie była to trójnawowa bazylika o prezbiterium zamkniętym apsydą, z apsydami bocznymi zamykającymi nawy boczne. Patrząc na bryłę kościoła doskonale można prześledzić drogę podnoszenia prezbiterium (w celach obronnych dobudowano tu 4 piętra - ten sam los spotkał pozorny transept). Kościół w XV wieku został silnie inkastelowany, stąd masywne "wieże" pozornego transeptu. Kościół otoczono murem obronnym, obudowano "budowlami towarzyszącymi" (szkoła, kaplica, plebania na czas oblężenia) tworząc z niego małą fortecę na użytek miejscowej ludności.
Rekonstrukcja widoku od strony północnej i rzutu przyziemia, stan z XIV w. (źródło: muzeum kościoła w Cisnadie)Nad kruchtą zachodnią kościoła wznosi się masywna wieża z jednym poziomem (ale za to podwójnych) biforiów o prostych, kostkowych kapitelach. Poniżej biforiów znajdujemy jedynie wąskie, strzelnicze okienka. Do kościoła od strony zachodniej prowadzi prosty portal. Pojedynczą parę kolumienek (a raczej dość masywnych kolumn) spina jeden wałek archiwolty. Tympanon się nie zachował. Kapitele kolumn zdobią charakterystyczne, zwinięte w "S" woluty i plecionka- podobne znajdziemy w Cisnadioarze i - o dziwo, w pozostałościach krakowskiego kościoła św. Gereona. W prezbiterium zachował się obszerny i dobrze zachowany fragment fresku.
Obchodząc kościół dookoła znajdujemy tu i ówdzie wyglądające spod gotyckich przeróbek romańskie pozostałości - kilka zamurowanych rozglifionych okienek, ślady podniesienia apsydy wschodniej, dobrze zachowaną apsydę południową i ślady przerobionej na zakrystię apsydy północnej. W środku kościół zachował pierwotny bazylikowy układ. Nawy boczne kryte są sklepieniem krzyżowym, podobnie jak kruchta i prezbiterium. Podniesiona apsyda sklepiona jest gotyckim sklepieniem żebrowym (przebito tu również okna na duże, gotyckie). Nawa sklepiona jest szeroko rozpiętym sklepieniem krzyżowo-żebrowym.
Widok od strony północnej i rzut przyziemia, stan z XVI w. (źródło: muzeum kościoła w Cisnadie)Apsyda południowa została w czasach późniejszych zamurowana, stworzono z niej skarbczyk. Wejście do niej sprytnie ukryto za barokową boazerią, prowadzi nas do środka Sergiu. Tam możemy podziwiać oryginalnie zachowane sklepienie apsydy. W kruchcie znaleźć za to można leżące odłogiem tajemniczy kamień pochodzący z czasów imigracji saskiej (a więc z XII wieku), z przedstawieniami ludzkiej twarzy i postaci, oraz pozostałości XIII wiecznego krzyża.
Abstrahując od romańskiego niewątpliwie charakteru tego miejsca, obronny kościółek pod wezwaniem św. Walpurgii w Cisnadie to niezwykle miłe miejsce - zadbane, zagospodarowane, dające przy tym niezłe wyobrażenie o tym, jak wyglądały saskie kościoły obronne Transylwanii. W drodze z lub do Sibiu warto zatrzymać się tutaj przynajmniej na chwilę. Po prawej stronie od lewego okienka - krzyżyk konsekracyjny.
Do Cisnadioary trafiamy z Cisnadie. Tutaj, na całkiem wysokim wzgórzu, które już z samego naturalnego ukształtowania terenu nadało temu miejscu walory obronne, stoi kościół pod wezwaniem św. Michała - najstarszy kościół Transywlanii.
Klucze dostać można w domu 202 przy głównym placu, u pani mówiącej pięknym siedmiogrodzkim niemieckim - to potomkini saskich kolonizatorów. W towarzystwie innych niemieckich turystów wspinamy się na wzgórze, otwieramy zardzewiałym kluczem bramę w murze obronnym, budzimy śpiących w okolicach północnej apsydy przy wygasłym ognisku niemieckich harcerzy (odkrywamy w Transylwanii głębokie i nieuświadomione pokłady naszego niemieckiego, zaniedbanego od czasów studenckich) i rozpoczynamy romańską ucztę.
Kościółek w Cisnadioarze to całkowicie i w niezmienionym kształcie zachowana budowla o najbardziej klasycznym romańskim układzie. Dosyć krótka i niewysoka bazylika bez transeptu, o prezbiterium i nawach bocznych zamkniętych apsydami. Brakuje tylko zachodnich wież, które runęły, zostały rozebrane lub w ogóle ich nie wybudowano. Wszystkie okna zachowały rozglifienia, żadne nie zostało przebite lub zamurowane. Kościół zbudowany jest z nieregularnego, łamanego kamienia, co jeszcze dodaje mu uroku, daje wrażenie archaiczności. Całość sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tu w XIII wieku.
Do środka prowadzą dwa portale - obecnie używany, północny bez dekoracji oraz zachodni, który - dla odmiany - dekorowany jest bardzo bogato. Rozłożysty portal poszerzony jest jeszcze o dwie pary ślepych arkadek opartych na filigranowych kolumienkach zwieńczonych kostkowymi kapitelikami z misterną plecionką. Główny uskokowy portal zdobi cztery pary kolumienek spiętych wałkami archiwolt z gładkim tympanonem. Kapitele kolumienek zdobią znane z Cisnadie i przywodzące na myśl krakowski kapitel z kościoła św. Gereona plecione woluty ukształtowane w literę "S". Dwie z czterech głowic kolumienek zdobią u dołu liście akantu, dwie - półkola, przy czym zdobione w ten sposób kapitele układają się naprzemiennie. U góry, w załomie woluty widzimy tajemnicze twarze, przypominające te z portalu w Sandomierzu. Archiwolta wciąż nosi ślady dekoracji malarskiej. Ten portal, misterny i zaskakujący, bo odbiegający od romańskich standardów (przez pary ślepych arkadek) jakie znamy, stanowi najbardziej wyrazisty, kontrastujący z resztą, element tego kościoła. Poza portalem, kościoła tego nie zdobi żadna dekoracja rzeźbiarska.
Wnętrze kościoła jest zupełnie puste. Niestety również zaniedbane. W dachu widać prześwity, przez które zapewne w czasie deszczu nieźle się leje. Nieprzeszklone okna pozasłaniane są czarnymi i czerwonymi szmatami sprawiając wrażenie, jakby odbywała się tu jakaś czarna msza, albo przynajmniej koncert zespołu Gorgoroth. Uspokaja nas brak zaschniętej krwi na posadzce. Kościół powinien być kryty stropem, którego brakuje - zadzierając głowę do góry, zobaczymy tylko dach. W przęsłach nawy bocznej wypadających pod nieistniejącymi wieżami i w prezbiterium mamy zaś sklepienie krzyżowe - to wzmocnienie konstrukcji wskazuje, że wieże były przynajmniej planowane. Wnętrze jest tynkowane, przybrudzony i zszarzały tynk miejscami odchodzi płatami. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają przysadziste arkady oparte na dwóch prostych filarach. Ponad nimi wznosi się gładka ściana z rozglifionymi okienkami. Nawy boczne wieńczą apsydy - w apsydzie północnej znajdujemy uroczy oculus, w południowej - niewielkie okienko.
Obszerne prezbiterium również zamknięte jest apsydą z trzema rozglifionymi oknami. Na łuku tęczowym, ponad prostą, drewnianą belką tęczową zachowały się ślady bogatej dekoracji malarskiej o żywych kolorach. Dziś na środku prezbiterium stoi prosty ołtarz, a ściany dookoła wyłożone są płytkami z nazwiskami niemieckich żołnierzy poległych w I wojnie światowej tworząc swego rodzaju miejsce pamięci.
Wnętrze - w swej surowości, a nawet opuszczeniu sprawia niesamowite wrażenie, przyprawiając o lekki dreszczyk przechodzący po kręgosłupie. Brakuje tylko gnieżdżących się w wieży nietoperzy i garbatego Igora pobrzękującego kluczami. Aż zaczyna się zazdrościć niemieckim harcerzom, którzy tymczasem wygrzebawszy się ze śpiworów niemrawo krzątają się koło pobojowiska po wieczornej popijawie, że spędzili noc w tym niesamowitym miejscu.
Jeśli uważasz, że wiesz już wszystko (a przynajmniej wiele) o architekturze romańskiej i nic Cię już nie zaskoczy - pojedź do Densus.
Droga do Densus była naprawdę upiorna - najpierw niewyobrażalny korek na drodze E68 (Timisoara-Alba Julia), potem ruiny opuszczonego kombinatu stojącego w szczerym polu niczym Nowa Huta po katastrofie nuklearnej, a na koniec stado szarżujących gęsi. Denus leży około 13 kilometrów na zachód od Hateg, przewodnik Bezdroży podpowiada - należy kierować się drogą na Carneberes (droga nr 68, nie mylić z E68) i w miejscowości Totesti skręcić w prawo. Densus co prawda nie ma na mapie (jak zresztą wielu miejscowości, dróg i innych obiektów w Rumunii), ale drogowskazy "Biserica Densus" doskonale prowadzą nas na miejsce. A miejsce - jest niezwykłe.
Ci, którzy znają twórczość Terry'ego Pratchetta doskonale wiedzą, kim jest Igor. Igor to stworzenie żyjące w zamieszkałej przez wampiry krainie Uberwald, zajmujące się usługiwaniem szalonym naukowcom i śmiertelnie bladym hrabinom o niezdrowych skłonnościach oraz eksperymentowaniem z biotechnologią. Igor zatem składa się w większości z części zamiennych, poskładanych ze starych znajomych, rodziny, a czasem przypadkowych ofiar szalonych naukowców i hrabin, mistrzowsko, ale niekoniecznie estetycznie poskładanych w całość. Nie powinno dziwić u Igora sześć palców, czy szew idący prosto przez czoło. Czy spotkaliśmy w Transylwanii Igora? Tak. W Densus.
Świątynia w Densus - czyli nasz Igor - to trzynastowieczna cerkiew zbudowana na wzór romańskiego kościółka z pozostałości rzymskiego miasta Ulpia Traiana (Sarmizegeutusa). Ta niesamowicie wyglądająca budowla ma w sobie rzymskie rury kanalizacyjne (dzisiaj - okrągłe otwory okienne), ołtarze (dziś postawione jeden na drugim tworzą filary), płyty (tworzące sklepienie kopuły), lwy (wmurowane po bokach apsydy) i kolumny (dziś stojące przy ścianie północnej). Spod fresków wyglądają łacińskie inskrypcje, obok Boga Ojca i cherubinów mamy tu wilczycę kapitolińską. Przeszczep się udał, pacjent żyje, wygląda tylko nieco groteskowo. I fascynująco.
Do środka wpuszcza nas starszy pan sprzedający pocztówki. Chętnie kupilibyśmy coś, ale nie mamy drobnych. Dostajemy folderek za darmo. Dziadek kręci głową pokazując na aparat - nie można robić zdjęć. Potem zmienia zdanie widząc naszą bezgraniczną fascynację. Puszcza oko, gestem zachęca do zrobienia zdjęć. Tylko żebyśmy koniecznie sfotografowali ikonę świętego Mikołaja. Robi się ujmująco rozmowny, nie przejmując się, że nie rozumiemy ani słowa.
Rzut kościoła w DensusWnętrze maleńkiej cerkwi w Densus stoi na czterech filarach zbudowanych z postawionych jeden na drugim rzymskich ołtarzy. Częściowo zatynkowane i ozdobione freskami służą za romańskie filary. Spod tynku widać jednak fragmenty rzymskich inskrypcji zdradzając ich pochodzenie. Na tych filarach opiera się prymitywna kopuła, nad nią zaś znajduje się wieża zdobiona tym, co miejscowi budowniczowie znaleźli w ruinach Sarmizegeutusy. Prezbiterium to niewielka apsyda oddzielona dzisiaj od maleńkiej nawy prostym ikonostasem wykonanym z desek, ozdobionym obrazami i plastikowymi kwiatami. Wewnątrz - ołtarz okryty ceratą i niesamowite freski. Ściany wnętrza pokrywają urzekające wizerunki, z których część ma wydrapane oczy. To ślady agresji symbolicznej o podłożu ikonoklastycznym, pozostałość po najeździe tatarskim. Okienka są rozglifione, na wieży imitacja biforium (z braku elementów zakończonych półkoliście, mamy po prostu dwudzielne okno). Całość obiega ułożony misternie z cegieł fryz.
Do środka prowadzi proste wejście (portal to chyba za dużo powiedziane...), nad nim prostokątna wnęka z fragmentami fresku. Dookoła ruiny czegoś w rodzaju narteksu i zakrystii. Obok niewielki cmentarz, wśród grobów poniewiera się jeszcze sporo rzymskich pozostałości (cmentarz historii i mało wyszukana metafora czy rezerwuar części zamiennych dla naszego Igora?).
Wizyta w Densus pozostawia romańskiego podróżnika w poczuciu fascynacji i zarazem konfuzji. Okazuje się, że nasze wyobrażenie sztuki romańskiej należy zrewidować, a przynajmniej utworzyć wewnątrz niego kategorię "dziwne". Małe romańskie Archiwum X, właśnie na potrzeby zabytków takich, jak Densus.
Densus to zatem lektura obowiązkowa. Być w Transylwanii i nie spotkać ani jednego Igora to niedopatrzenie!
Około 12 kilometrów od Braszowa w stronę Bacau (droga numer 11) leży miasteczko Harman. Trafić tu nietrudno, kościółek widoczny jest z trasy. To kolejny zabytek Transylwanii wiązany z cysterskim opactwem Carta. Jak niedaleki Prejmer, wykazuje więc specyfikę cysterskiej przejściówki od romanizmu do gotyku.
Kościół pod wezwaniem św. Mikołaja jest kościołem warownym, otoczonym murami już w XIII wieku. Po wewnętrznej stronie muru zachowało się kilka cel refugialnych służących za schronienie dla miejscowej ludności. Obok właściwego muru obronnego dostępu do kościoła broni zewnętrzny mur i fosa. Do środka prowadził rozebrany już most zwodzony.
Kościół powstał w XIII wieku (1240 r.) jako bazylika z prezbiterium zamkniętym apsydą. Do prezbiterium przylegały od północy i południa kaplice sklepione beczkowo. Do dziś zachowała się jedna, południowa, północna została zamieniona na zakrystię. W późniejszych czasach kościół kilka razy przebudowywano (podniesiono sklepienie, przebito okna). Nawę główną od naw bocznych oddzielają masywne arkady z równie masywnymi półkolumnami zwieńczonymi głowicami o ornamencie roślinnym. Sklepienia w nawach bocznych zachowały oryginalne, ostrołukowe, szeroko rozstawione sklepienie krzyżowe, można tu znaleźć również romańskie zworniki. Prezbiterium oddziela od nawy potężny łuk tęczowy o półkolistym wykroju, oparty na półkolumnach-filarach o misternych kapitelach. Prezbiterium sklepione jest krzyżowo, zamknięte apsydą. Dzisiejsze okna apsydy są przebite, na zewnątrz widać ładnie wyeksponowane zamurowane rozglifione okienka. Wiele takich śladów rozglifionych okienek, poukrywanych w różnych miejscach, można znaleźć wewnątrz i na zewnątrz kościoła. W południowej kaplicy sklepionej beczkowo zachowały się dwa piękne biforia.
Na temat wieży znaleźliśmy sprzeczne informacje. Tablica przed kościołem informuje, że wieża pochodzi z XIII wieku, przewodnik "Bezdroży" podaje XIV wiek. Portal zachodni jest już mocno ostrołukowy, kilkouskokowy, ale o bardzo prostym kształcie i tympanonie wypełnionym freskiem przedstawiającym anioła. Wygląda już na gotycki, co potwierdzałoby tezę z przewodnika.
Jak większość kościołów obronnych Transylwanii, kościółek w Harman jest zadbany i zagospodarowany turystycznie. Warto wstąpić tu będąc w Braszowie, a w okolicy jest przecież również Prejmer - jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kościołów obronnych Transylwanii.
Herina to bardzo niewielka miejscowość na północy Transylwanii. To całkiem niedaleko drogi na Bystrzycę, 5 km od miejscowości Sărăţel. W samej miejscowości Herina należy przygotować się na mały offroad - podjazd na wzgórze, na którym stoi kościół nie należy do najłatwiejszych. Ale dla podróżujących po Rumunii miłośników romańszczyzny Herina to przystanek obowiązkowy.
O kościółku Herinie mówi się, że to najpiękniejszy zabytek romański Transylwanii (nie licząc może Alba Julia). I niewątpliwie coś w tym jest. Kościół w Herinie zachował się w doskonałym stanie, w praktycznie niezmienionym, romańskim kształcie. Kościół stoi samotnie na wzgórzu, skąd roztacza się piękny widok na sielską i spokojną okolicę. Pobielone ściany kościoła aż lśnią w popołudniowym słońcu (mieliśmy tego dnia niezwykłe szczęście do pogody).
Kościół w Herinie to całkiem sporych rozmiarów (jak na Rumunię) bazylika emporowa, z potężnym masywem zachodnim (mogącym uchodzić wręcz za rodzaj westwerku), zamknięta apsydą. Do środka prowadzą dwa uskokowe portale - zachodni i południowy. Oba są dosyć proste i podobne, z gładkim tympanonem i prostymi formami kapiteli i archiwolty. Zachodnia fasada jest bogato zdobiona lizenami oraz fryzami - arkadkowymi, ząbkowymi. Fryz geometryczny wieńczy też ściany nawy głównej. Lizeny z fryzem arkadkowym zdobią zaś apsydę. Wieże kościoła są asymetryczne - północna wieża jest nieco niższa. Wieże zdobią biforia i triforia (przy czym wieża południowa ma dwa poziomy triforiów). Kapitele kolumienek biforiów i triforiów to najklasyczniejsze, filigranowe kapitele kostkowe. Zachowały się wszystkie rozglifione okienka.
Co do wnętrza, to możemy polegać jedynie na przewodniku Bezdroży (świetny przewodnik, który towarzyszy nam już w kolejnej wyprawie po Rumunii bezbłędnie prowadząc do tego, co najciekawsze, nawet jeżeli mieści się w zabitej deskami wiosce na końcu świata). Próbowaliśmy odnaleźć posiadacza klucza do kościoła, ale nam się nie udało. W wiosce nie spotkaliśmy żywej duszy, poza dziewczynką, która nie bardzo wiedziała, o co nam chodzi. Bariery językowej nie przełamały nawet niezwykle ułatwiające komunikację z dziećmi cukierki. Kościół w Herinie to czteroprzęsłowa bazylika emporowa, z emporą zachodnią mieszczącą się w quasi-westwerku. Ponad masywnymi arkadami międzynawowymi znajduje się empora o przysadzistym, płaskim łuku arkady. Całość kryta jest stropem. Prezbiterium jest podniesione, pod nim znajduje się krypta. Pobielone wnętrze jest surowe i pozbawione dekoracji. Jaka szkoda, że nie udało nam się go zobaczyć!
Obeszliśmy kościółek w Herinie kilka razy, podumaliśmy trochę siedząc pod drzewem, z widokiem na romańskie cacuszko zagubione wśród pól Transylwanii. Mimo smutnego faktu, że nie udało nam się zobaczyć wnętrza kościoła, to i tak bardzo warto było tu przyjechać. Polecamy wszystkim!
Niedaleko Braszowa w stronę Buzau (droga numer 10) trafiamy do wioski Prejmer, gdzie znajdujemy jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kościołów obronnych Transylwanii - pokrzyżacki i jednocześnie pocysterski kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża.
Historia tego miejsca jest bardzo ciekawa - budowę kościoła rozpoczęli w 1218 roku Krzyżacy, planując tę świątynię na planie krzyża greckiego, z wielokątnie zamkniętymi ramionami. Nad skrzyżowaniem naw wznosi się masywna sześcioboczna wieża. Po wypędzeniu z Siedmiogrodu przez króla Andrzeja II niemieckich rycerzy (którzy, jak wiadomo, przenieśli się stąd na Prusy Wschodnie), kościół przejęli cystersi z Carta. Wtedy rozbudowano kościół w typowym dla cystersów stylu przejściowym (późnoromańskim-wczesnogotyckim). Sześciodzielne sklepienia krzyżowe, okrągłe okienka z maswerkami i kaplice po bokach transeptu to właśnie ich dzieło.
Kościół w Prejmer to jedna z najsilniejszych i niezdobytych nigdy transylwańskich warowni . Po licznych przebudowaniach twierdza składa się dziś z murów obronnych o grubości 4,5 metra i wysokości 12-14 metrów. Po zewnętrznej ścianie murów znajdowały się cele dla miejscowej ludności, w których chroniono się podczas oblężenia - jest ich sumie 270 na czterech poziomach. Wewnątrz warownia przypomina zatem całkiem spory motel. Na osi wejścia dobudowano dodatkowe dwa dziedzińce, w których mieściły się m.in. szkoła, piekarnia i inne instytucje wiejskiego samorządu.
Kościół mimo gotyckich przebudowań zachował pierwotny kształt i masywne, surowe piękno. Rozbudowana została nawa główna, która dziś różni się od transeptu i prezbiterium. W transepcie i prezbiterium zachowały się masywne filary, na których opierają się żebrowe sklepienia. Żebra sklepień i kamieniarka filarów są dzisiaj dosyć zniszczone, co jednak tylko dodaje im uroku. W wielu miejscach wewnątrz i na zewnątrz natrafiamy na rozglifione okienka, część z nich została zamurowana, część przedłużona w czasie gotyckiej rozbudowy. Kolejną część okien przebito wstawiając duże, podłużna gotyckie ona z maswerkiem. Obficie zachowały się cysterskie czteroliście.
Zabudowania kościoła w Prejmer doskonale pokazują jak wyglądały i jak funkcjonowały transylwańskie kościoły obronne, które były swego rodzaju przedsiębiorstwem, a w zasadzie spółdzielnią miejscowych chłopów założoną w celu wspólnej obrony - z braku obrony ze strony jakiejś wyższej instancji w rodzaju miejscowego suwerena. A że przez wieki ziemie te przemierzały wzdłuż i wszerz różnego rodzaju wojska, czasem równie krwiożercze, co mityczne transylwańskie wampiry, to inwestowano w te twierdze, tworząc z nich niezdobyte fortece. Prejmer jest więc miejscem, gdzie w przyjemnych, spacerowych warunkach można się wiele nauczyć nie tylko o trudnej politycznej historii tych ziem, lecz i o pasjonującej historii ludzkiej przemyślności i inwencji.
Oprócz tego to miejsce niezwykle urokliwe - zatem gorąco polecamy!
Położone na Bukowienie Radowce to całkiem spore jak na miejscowe warunki miasteczko (zatem łatwo tu trafić), z korzeniami sięgającymi XIII wieku. Miasteczko w czasach kształtowania państwa mołdawskiego przez chwilę było stolicą państwa Bogdana I, który to ufundował interesującą nas cerkiew św. Mikołaja i w niej spoczywa. Najstarszy, murowany zabytek Mołdawii...
Można by zapytać - dlaczego bizantyjska cerkiew (i to z XIV wieku) interesuje miłośników romanizmu, takich jak my? Otóż cerkiew św. Mikołaja to ciekawy przypadek pożenienia architektury Wschodu i Zachodu. Do zbudowania cerkwi zastosowano tutaj romański układ bazylikowy, chociaż zmodyfikowany na potrzeby cerkiewnego podziału przestrzeni wewnątrz kościoła. Dało to niecodzienny, niepodobny do niczego efekt...
Cerkiew św. Mikołaja, jak to cerkiew, składa się z prezbiterium (ukrytym za carskimi wrotami), nawy i przednawia. Ale - prezbiterium zamknięte jest apsydą, a nawa i przednawie (które zwykle stanowią po jednym, dużym, niepodzielonym wewnętrznie pomieszczeniu) - mają układ bazylikowy. Masywne arkady międzynawowe podtrzymują sklepienie kolebkowe, co ciekawe, nawa główna, choć wyższa niż boczne, nie jest doświetlona oknami, co sprawia, że wewnątrz panuje półmrok. Nawy boczne są niewielkie i wąskie. Między nawą a przednawiem - jak to w cerkwi - znajduje się ściana, ale otwór łączący nawę z przednawiem jest tu zdecydowanie większy, niż w innych cerkwiach Bukowiny. W XVI wieku kościół dorobił się przedsionka oraz gotyckiego wykończenia kamieniarskiego okien. Wnętrze pokrywają piętnastowieczne freski z fundacji Stefana Wielkiego.
Cerkiew w Radowcach to nieoczekiwany romański akcent na bogatej w niezwykłe, malowane monastyry Bukowinie. Ciekawostka, na którą na pewno warto zwrócić uwagę.
Na drodze E79 (z Oradea do Targu Jiu), trzydzieści kilometrów na południe od rozjazdu na Timisoarę i Sibiu, trzy kilometry za miasteczkiem Hateg, zaraz za rozjazdem na Caransebes, na przedpolu wysokiego pasma Karpatów, leży niewielka miejscowość Santamarie Orlea. Jesteśmy w regionie, gdzie prawosławne cerkwie w głębokim średniowieczu budowano jak romańskie kościoły. I taką właśnie cerkiew-niecerkiew znajdujemy tu w samym środku wioski.
Kościół, a w zasadzie cerkiew, a w zasadzie zbór kalwiński w Santamarie Orlea - w przeciwieństwie do innych transylwańskich kościołów, które są bardzo ładnie zadbane i zagospodarowane turystycznie - wygląda na smutny i opuszczony. Popękane ściany, poniewierające się wśród chaszczy fragmenty kamieniarki, odłażący tynk i łatane cegłą dziury. A szkoda, bo kościółek jest pod romańskim względem całkiem nieźle zachowany - ostała się tutaj bryła bez większych ingerencji późniejszych stylów, a w środku podobno (bo nie udało nam się odnaleźć opiekuna kościoła) zachowały się cenne malowidła.
Kościółek w Stanamarie Orlea to budowla z masywną wieżą zachodnią, niewielką nawą i prezbiterium zamkniętym prostą ścianą. Do kościółka prowadziły dwa portale - zachodni oraz południowy. Portal zachodni zachował ciekawą dekorację. Dwie pary kolumienek spina archiwolta dekorowana guzełkami w kształcie gwiazdek. Na pozostałych wałkach archiwolty zachowały się resztki dekoracji malarskiej o żywych kolorach (podobnie dekorowane były też kolumienki). Tympanon jest gładki, misternie wykrojony w rogach. Kapitele kolumienek są dziś tak zniekształcone, że trudno opisać ich kształt. Nad portalem zachował się fragment fryzu zdobionego motywami roślinnymi. Portal południowy jest bardzo prosty, zdobi go jeden wałek okalający ościeże (kiedyś najprawdopodobniej malowany na czerwono). Tympanon jest gładki, zachował resztki dekoracji malarskiej pozwalające domyślać się tam postaci o głowach otoczonych aureolą (Trójca Święta?).
Zachowały się wąskie, rozglifione okna, choć ich wykrój jest już ostrołukowy, lekko trójlistny. Masywną wieżę kościoła zdobi jeden poziom bardzo prostych biforiów i jeden poziom misternie zdobionych triforiów. Kapitele kolumienek triforiów mają ciekawy, geometryczny kształt, zdobione są językami, które pokrywa ornament ząbkowy.
Nie jest to może najciekawszy przykład transylwańskiego romanizmu (chyba rozpieściła nas ta Rumunia, oferując na każdym kroku zabytki, jakich nie uświadczy się w Polsce), ale wracając z Densus w stronę Sibiu lub Alba Julia warto tu wstąpić. Choćby po to, żeby pozazdrościć trochę Rumunii faktu, że przyzwoicie zachowany romanizm jest tu prawie tak często spotykany, jak u nas wiejski barok.
Podróżujących do Viscri czeka trudna jazda gruntową drogą wśród wzgórz. Najlepiej wyposażyć się w samochód terenowy, z braku takowego ostatecznie może być dużo cierpliwości i mocne nerwy (szczególnie, jeśli mija nas rozpędzona Dacia Gruchot kierowana przez wąsatego gospodarza). Z trasy Sighisoara-Braszów (E60) skręcamy w prawo przed Rupea (trzeba wypatrywać skromnego znaku). Tu kończy się asfalt. Po drodze zobaczymy lisy, sokoły, gwarantowane pół godziny jazdy przez sam środek nigdzie. Wcześniej, na samym początku, przejeżdżamy przez romską wioskę - fascynujący, choć trochę zatrważający przykład współczesnego nomadyzmu.
Viscri to urocza saska wioska, w której czas zatrzymał się na przełomie wieków. Nie da się tu inaczej dojechać niż drogą gruntową, wszystkie domy to stare drewniane saskie zagrody, bardzo ładnie utrzymane i pomalowane na żywe kolory. Na środku wioski pasą się konie i bawią się dzieci. Mieszkańcy twierdzą, że sami nie chcą tu asfaltu, wraz z którym pojawiły by się tłumy turystów, autokary na niemieckich blachach i ostateczny kres świętego spokoju. Dziś wioska jest w stanie "obrobić" około pięćdziesięcioro turystów dziennie, więcej nie chce i nie ma zamiaru. A ci, co tu trafiają, to już wyselekcjonowana grupa najtwardszych, którzy gotowi są poświęcić amortyzatory, żeby dotrzeć do tego niezwykłego miejsca.
Najcenniejszym zabytkiem wioski jest kościół obronny, od którego Viscri zaczerpnęło swą niemiecką nazwę: Deutschweisskirch - (niemiecki biały kościół) z powodu bielonych wapnem murów. Kościółek w Viscri wraz z umocnieniami obronnymi jest malutki i bardzo "ludowy" - tym różni się od dużych i mocno ufortyfikowanych kościołów w Medias, Biertan czy Prejmer (które mają w sobie coś miejskiego). Pierwszy kościół w Viscri zbudowała w XII w. wspólnota szeklerska, jeszcze przed kolonizacją saską. Była to bezwieżowa, salowa świątynia. Do dzisiaj została z niego tylko pojedyncza kolumienka (najprawdopodobniej podtrzymująca emporę), która dzisiaj służy za chrzcielnicę. I to tyle. Dzisiejszy kościół jest dużo późniejszy, choć jego ludowy charakter dodaje mu wrażenia archaiczności. W XIII wieku Sasi dobudowali do romańskich murów wieżę, a w XVII w. wzniesiono fortyfikacje. Sklepienia wymieniono na drewniany strop.
Kościołem opiekuje się pani Caroline Fernolend, transylwańska Niemka, dla której opieka nad kościółkiem stała się sensem życia. Bardzo ładnie utrzymany i zagospodarowany (pomieszczenia przylegające do murów obronnych kryją muzeum życia codziennego transylwańskich Sasksończyków) jest jednym z najbardziej uroczych miejsc w Transylwanii, jakie widzieliśmy. W niezmienionej od wieków nawie gawędzimy o kresie kultury saskiej w Rumunii, która przetrwała Ceaucescu, a eroduje w wolnej Europie. Świetnie władający niemieckim Sasi wyjeżdżają do Niemiec, opuszczając rodzinne wioski. Tutaj została ich garstka, która jednak zarzeka się, że nigdzie się stąd nie ruszy. Rozglądając się po popołudniowej okolicy, gdzie czas jakby się zatrzymał, nie sposób się dziwić.
Podróż do Viscri co prawda nie obfituje w romańskie rewelacje, ale jest podróżą w czasie, o przynajmniej sto lat w przeszłość. Wrażenia - niezapomniane!
Skandynawia to cudowna kraina lasów, jezior i fiordów, gdzie do dziś Saamowie przepędzają stada reniferów, a największym zagrożeniem drogowym jest łoś. Chrześcijaństwo dotarło tu dosyć późno, co nie znaczy, że nie można odnaleźć tu romańskich zabytków, szczególnie na południu. Ale im dalej na północ - tym bardziej dziko (chociaż znaleźliśmy romański kościółek nawet za kołem podbiegunowym). Przyjechaliśmy do północnej Szwecji i Norwegii podziwiać piękno przyrody - ale nie mogliśmy oprzeć się też naszej romańskiej pasji... Poniżej kilka znalezisk - może nie najbardziej efektownych, ale za to bardzo północnych!
Był ciepły, letni dzień, jakieś trzydzieści stopni w cieniu (podczas gdy w Polsce nasi informatorzy donosili, że zimno i pada, zimno i pada). Szwecja powitała nas piękną pogodą i prawie tropikalnym upałem. Arktyczne temperatury przygotowała dla nas na potem (koło podbiegunowe, Kiruna - spanie w namiocie w deszczu przy trzech stopniach powyżej zera: bezcenne). Cieszymy się więc chwilą w jednym z najważniejszych dla historii Szwecji miejsc - w starej Uppsali.
Stara Uppsala (czyli Gamla Uppsala) była znana już w czasach przedhistorycznych. Począwszy od III i IV wieku, kiedy to stała się pierwszą siedzibą lokalnych władców, w tym znanych z sag królów z rodu Ynglingów (nazywanych "królami Uppsali", co znaczyło wówczas tyle, co "królami Szwecji"). Najprawdopodobniej właśnie do tych na poły mitycznych, na poły historycznych królów należą usypane w tym miejscu kopce - tzw. "kopce królewskie" (Kungshögarna). Adils, Ane Stary oraz Ingjald Illråde - to imiona królów, których przygody rozsławiły sagi, a którzy spoczęli być może właśnie w tych kurhanach. Kurhany - bo to bez wątpienia kurhany, w których odnaleziono wiele cennych przedmiotów oraz ślady po pogrzebowym stosie - pochodzą z około VI wieku. Mniejsze, liczniejsze, mogą należeć do drużyny rycerzy/wojów oraz ich rodzin. Założyć Starą Uppsalę miał według duńskiego kronikarza Saxo Gramatyka sam Odyn. Inną - nie mniej mityczną wersję - podaje islandzki kronikarz Snorri Sturluson: tu bóg Freyr założył pogańską świątynię wokół której wyrosła osada. Zarówno Saxo Gramatyk, jak i Adam z Bremy wspominają o składanych tutaj ofiarach z ludzi (Adam z Bremy miał je widzieć na własne oczy). Świątynia poświęcona była trzem Bogom, a byli to Odyn, Thor i Freyr. Tutaj odbywały się też plemienne wiece zwane Tingami, rodzaj zgromadzenia starszych, podczas których omawiano ważne dla kraju sprawy, wybierano wodzów i podejmowano (najczęściej w oparciu o wróżby) decyzje.
Ale świat się zmienił i przyszedł czas, kiedy pogańskie świątynie zostały zburzone, starzy królowie i bogowie odeszli w mityczną przeszłość, a przewrócone kamienie runiczne posłużyły za fundamenty pod nowe świątynie - chrześcijańskie. Stara Uppsala nie przestała być jednak ważna - na gruzach (a raczej trocinach) starej świątyni powstała nowa. Archeolodzy doliczyli się przynajmniej kilku wcześniejszych, drewnianych poprzedniczek kamiennej świątyni, która stoi do dzisiaj. Kościół powstał tutaj na przełomie XI i XII wieku i stał się lokalnym centrum kultu, szczególnie, że to właśnie tutaj spoczęło ciało króla-męczennika, świętego Eryka. W 1164 stara Uppsala została stolicą arcybiskupstwa, a rozwijający się kult św. Eryka, który został patronem Szwecji, ściągał tu rzesze pielgrzymów. Wkrótce niewielka (bo część kościoła zniszczonego w czasie pożaru trzeba było rozebrać) świątynia przestała wystarczać ruchowi pielgrzymkowemu, a rosnące w siłę królestwo potrzebowało bardziej reprezentacyjnej katedry. Arcybiskupstwo oraz relikwie św. Eryka przeniesiono więc nieopodal, do miejscowości zwanej Östra Aros, której nazwa wkrótce została zmieniona na "Uppsala", wtedy to osada w pobliżu królewskich kopców zaczęła być nazywana "Starą Uppsalą" i tak pozostało do dzisiaj.
Relikwiarz św. Eryka w katedrze w Uppsali: fot. albumromanski.plSam kościół sprawia wrażenie archaicznego i surowego. Nam - to przez surowy, słabo obrobiony kamień - przypomina kościoły okolic Kujaw - Strzelno, Kościelec koło Inowrocławia, sam Inowrocław. Dzisiaj z dawnej świątyni pozostało tylko prezbiterium i dawne skrzyżowanie naw wraz z wieżą. Nawa główna, z najprawdopodobniej dwuwieżową fasadą oraz skrzydła transeptu zakończone apsydami zostały rozebrane po XIII-wiecznym pożarze. To, co pozostało, zachowało mniej więcej swój romański kształt. Okna zostały powiększone, szczyty podniesione, jednak bryła kościoła pozostała w dużej mierze nietknięta. Wnętrze zostało pobielone oraz pokryte polichromiami w XV wieku. Przysadziste, szerokie sklepienie krzyżowe o wąskich przęsłach wygląda bardzo klasycznie romańsko. Biorąc pod uwagę, że obecny kościół to tylko prezbiterium i skrzyżowanie naw, można wyobrazić sobie świątynię w całości - musiała budzić respekt i być naprawdę wielka. Nie mieliśmy szans wyżyć się fotograficznie wewnątrz kościoła - akurat zaczęły się przygotowania do pogrzebu (takie nasze fatum, zdarzyło nam się to nie pierwszy i nie ostatni raz), więc woleliśmy dyskretnie się wycofać.
Sam kościół, jak i otaczające go kopce są bardzo dobrze zagospodarowane, opisane, pięknie utrzymane, co nas w Szwecji specjalnie nie dziwi, ale zawsze warto podkreślić ten fakt myśląc o stanie i dostępności naszych zabytków romańskich. Pospacerowaliśmy w sielskim krajobrazie mijając porośnięte wesołą trawką kopce, gdzie pod stertą kamieni i piachu śpią okrutni, mityczni władcy, składający tu niegdyś ofiary z ludzi ku czci Odyna, Thora i Freyra. Wyrzuciliśmy puste butelki po wodzie do kosza na odpady nadające się do recyklingu, skórki od banana do kosza na kompost, przeszliśmy przez ulicę w oznaczonym miejscu i nie przekraczając ograniczenia prędkości ruszyliśmy dalej na północ. Witamy w Skandynawii, krainie krwawej przeszłości i nudnej, ale jakże wygodnej, teraźniejszości.
Do St. Andrews trafiliśmy przypadkiem - fabryka whisky, którą mieliśmy odwiedzić razem z naszymi niemieckimi przyjaciółmi okazała się za daleko, więc na zakupy zatrzymaliśmy się właśnie tu. Wszyscy rozeszli się w celu zaopatrzenia w szkocki, złoty i płynny skarb narodowy do pobliskich sklepów, a my posnuliśmy się w stronę malowniczych ruin, które zamajaczyły nam gdzieś wśród zabudowań miasteczka. Tak trafiliśmy do opactwa St. Andrews, które było w czasach średniowiecza religijną stolicą Szkocji. Tu bowiem spoczywały sprowadzone przez św. Regulusa relikwie patrona Szkocji św. Andrzeja. Dojechać tu można z Edynburga drogą nr 921 do Kirkcaldy, a potem drogą 915 już prosto do St. Andrews.
Historia miejsca kultu w tym miejscu rozpoczyna się około VI w. n. e., kiedy to misjonarze św. Kolumbana chrystianizują te ziemie. Oficjalnie król zamieszkujących tu Piktów przyjął chrześcijaństwo na początku VIII wieku. Pierwszy kościół (zrujnowany) zbudowali celtyccy pustelnicy w IX wieku. W X wieku w St. Andrews ustanowiono biskupstwo, które w tym samym wieku zostało głównym biskupstwem Szkocji. Budowę kolejnego kościoła - pod wezwaniem św. Regulusa (ang. st. Rule) - rozpoczęto w 1070 roku, już po poddaniu Szkocji normańskim najeźdźcom Wilhelma Zdobywcy. Pozostałości tego kościoła można podziwiać do dziś. Św. Regulus to postać tajemnicza, o której wielu historyków twierdzi, że w ogóle nie istniała. Zresztą jego imię jest dość podejrzanie znaczące i wskazuje na legendarność postaci. Według legendy był to żyjący w IV w. n.e. mnich z Patras w Grecji, gdzie przechowywano szczątki św. Andrzeja. Pewnego dnia mnichowi we śnie ukazał się anioł uprzedzając, że cesarz Konstantyn chce zabrać relikwie do Konstantynopola i nakazując wywieźć szczątki świętego na kraniec świata. Św. Regulus tak też zrobić i wylądował miejscowości Kilrymont (dziś St. Andrews). W XII wieku do St. Andrews sprowadzają się Augustianie. To początek opactwa, które było najprężniejszym ośrodkiem życia religijnego w Szkocji, stąd na przykład szły w świat produkowane niemal przemysłowo kamienne krzyże celtyckie, których pozostałości można obejrzeć w miejscowym muzeum.
Rekonstrukcja kościoła św. Regulusa w stanie finalnym. Część zachodnią dobudowano, by pierwotna - wschodnia - mogła służyć tylko augustianom. źródło: muzeum St. AndrewsAugustianie przejmują kościół św. Regulusa, przebudowują i dostosowują do potrzeb rosnącego ruchu pielgrzymkowego. Rozpoczyna się również budowa nowej, największej w Szkocji katedry. Trwała ponad 100 lat, ale i tak nie był to koniec -burze i pożary raz po raz niszczyły katedrę. Ostatecznie budowla została poświęcona w 1318 roku w obecności króla Szkocji Roberta Bruce'a. Nie był to jednak koniec pechowych "wypadków" katedry, która raz po raz ulegała różnym zniszczeniom, aby wreszcie, w czasie reformacji dokonał się jej ostateczny upadek. Opuszczone opactwo niszczało, waliły się kolejne ściany ogromnego założenia. Do naszych czasów dotrwała fragmentarycznie zachowana fasada, ściana wschodnia i częściowo ściana południowa. Całość otacza cmentarz. Dziś ruiny opactwa to miejsce spotkań miejscowych studentów oraz spacerów mieszkańców miasteczka. Widok, zwłaszcza w morskiej mgle znad pobliskiego wybrzeża - sensacyjny i zapierający dech.
Interesujący nas kościół pod wezwaniem św. Regulusa po przebudowie augustiańskiej, był podłużną budowlą, z długą nawą główną, nad którą wznosiła się masywna wieża, krótkim prezbiterium i dwuwieżową fasadą. Część na zachód od wieży była zapewne dobudowana właśnie przez Augustianów. Do kościoła prowadziły portale po stronie zachodniej i południowej (niezachowane). Do dziś zachowała się masywna wieża z jednym poziomem biforiów (można ją zwiedzać, z góry roztacza się niesamowity widok na całe opactwo i wybrzeże), cześć wschodnia nawy z rozglifionymi okienkami oraz łuk tęczowy prowadzący do prezbiterium. Zwiedzanie i wejście na wieżę jest dość kosztowne - poświęciliśmy resztki funduszy odłożone na whisky. Warto było.
Z opactwa, będącego w swym założeniu budowlą romańską, zachowało się kilka niewielkich portali z dekoracją kamieniarską i trójlistnie wykrojonymi tympanonami. Katedra również planowana była jako budowla romańska i w swych starszych częściach romańską pozostaje, jednak liczne przebudowy związane z "wypadkami przy pracy" podczas budowy wniosły już specyfikę gotycką.
W kraju whisky, spódniczek w kratę i mrocznych zamczysk, romantyczne ruiny opuszczonego opactwa to punkt obowiązkowy każdej wycieczki. Wybierając zatem mroczne ruiny do odwiedzenia namawiamy na St. Andrews - nie dość, że mroczne, romantyczne, to jeszcze romańskie.
Przyzwyczailiśmy się myśleć o Słowacji jako o kraju gorących źródeł, stoków narciarskich, do niedawna jeszcze tanich alkoholi i uroczego języka, który w naszych uszach może brzmieć zabawnie. Ale - okazuje się - wśród gór i pagórków Słowacji znaleźć można niezwykle ciekawe, romańskie zabytki, zagubione po wioseczkach, ukryte w cieniu ich młodszych, gotyckich braci. Śladem tych niepozornych z pozoru budynków ruszyliśmy ochoczo i przekonaliśmy się, że Słowacja to kraj przyjazny romańskim poszukiwaniom. Słowacja nas zaskoczyła. I może nas jeszcze nie raz zaskoczyć...
Pierwsze wzmianki o Bańskiej Bystrzycy pochodzą z XIII wieku, z tego okresu pochodzi też zabytek, z którego jednak wiele nie zostało jeśli chodzi o romańskie pozostałości. Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny - dziś zasadniczo gotycki - był początkowo małym, salowym kościółkiem z prezbiterium zamkniętym apsydą, z wieżą zachodnią i emporą w wieży. Liczne gotyckie przebudowy (a w zasadzie rozbudowy, które przekształciły kościółek NMP w całkiem sporą świątynię) dokładnie zatarły jej pierwotny, romański kształt. Dziś obserwować możemy jednie dwa poziomy biforiów zdobiące znacznie podwyższoną wieżę. I to niestety tyle.
Ruszamy zatem z Bańskiej Bystrzycy, choć miło się siedzi w ogródku, pod parasolem i ze szklaneczką czegoś zimnego, na poszukiwanie czegoś lepiej zachowanego. Szukać nie trzeba daleko - po drodze na Węgry - Ilija, z pięknie zdobionym portalem i romańskimi freskami.
Jadąc z Popradu drogą na Liptovsky Miklas odbijamy w prawo w miejscowości Svit i znajdujemy się w niewielkich i sennych Batizovcach, u podnóża Tatr. Trafiamy tu na jeden z bardzo typowych dla tego regionu kościołów późnoromańskich (niektórzy pewnie kłóciliby się, że są wczesnogotyckie, ale my wiemy swoje). W 1767 r. przebudowany w stylu barokowym, a wcześniej modyfikowany na modłę gotycką, powstał w XIII w., wzniesiony w stylu romańskim. Składa się, jak większość jemu podobnych z płasko zamkniętego prezbiterium, nawy i wieży.
Zewnętrze nie sugeruje z pozoru jego romańskości, oprócz zachowanego dobrze, acz zamurowanego portalu, który prowadził do nawy od strony południowej (dziś wchodzi się przez kruchtę wieżową). Kolumienki portalu łączy motyw liści, a łączy je pojedynczy, masywny wałek archiwolty. W prosty tympanon wpisany jest trójliścienny relief.
Na zewnątrz zwraca też uwagę odsłonięty spod barokowych tynków i umieszczony dość wysoko fresk przedstawiający Ukrzyżowanego z adorującymi go Marią i św. Janem, a grupę otacza spora liczba postaci i symboli (jak ręka z ognistym mieczem oraz swojsko wyglądająca kaczka). Dynamiczna postać Chrystusa nawiązuje raczej do gotyku, zatem całkiem amatorsko pozwolimy sobie zaliczyć fresk do stylu przejściowego. Budzi on z pewnością skojarzenia z kościołem w miejscowości Żehra
Wewnątrz niepodzielnie króluje barok, za to w prezbiterium oglądamy przepiękne i klasyczne sklepienie krzyżowo-żebrowe o profilu przysadzistego ostrołuku - forma jakże typowa dla okresu przejściowego. Ściany i sklepienie prezbiterium pokrywają późnoromańskie freski - na ścianie północnej widnieje scena wskrzeszenia (pośrodku widoczny jest Chrystus).
Batizovców nie można ominąć goszcząc w słowackich Tatrach. Kolejną ciekawostką tego kościoła jest prawdopodobnie najstarszy na Spiszu dzwon, odlany w XIV w. w Spiskiej Nowej Wsi. Dodajmy jeszcze, że w pobliskim Popradzie na rynku można zjeść wyborną zupę czosnkową.
Ech, ta słowacka mania tynkowania...
By trafić do Bijacovców wystarczy za Levocą, kierując się na Presov, na wysokości Spiskiego Zamku skręcić w lewo. Warto, bo widok na Hrad roztacza się stamtąd przepiękny. Na miejscu, na wzgórzu odnajdujemy wczesnogotycki kościół (zbudowany w XIII w., zapewne pierwotnie w stylu przejściowym romańsko-gotyckim), a obok niego romańską rotundę. Tyle, że... całkowicie zatynkowaną na biało i przykrytą dzwoniastym, gontowym daszkiem z barokową sygnaturką. Do rotundy prowadzi prościutki portal, ale wewnątrz znajdziemy również tylko tynk. My zaglądaliśmy przez okna (przeprute w baroku, nawet na rozglifienia nie ma co liczyć). Miejsce ciekawe i malownicze bardzo, ale romańskie walory znajdą tu tylko fanatycy.
Żeby tu dojechać samochodem, trzeba trochę pokombinować - najlepiej wyruszyć ze Spiskiej Nowej Wsi w kierunku Krompachów, a następnie w Spisskym Hrusovie odbić w prawo na drogę wymagającą cierpliwych resorów. Jest też linia kolejowa, pociągiem może okazać się nawet łatwiej. A warto ze wszech miar.
Znajdujemy tutaj najstarszy kościół romański (a więc i najstarszy w ogóle) na Słowacji. Niezwykły także w formie - wieża z lekko ostrołukowymi biforiami znajduje się nad prezbiterium o trzech apsydach, dziś tworzących w rzucie przyziemia trójliść. Prawdopodobnie pierwotnie miał on kształt rotundy o czterech apsydach, tzw. tetrakonchosu. Aż żal dodawać, że wszystko zatynkowane jest na żółto.
Wprawdzie dodano tu owalne barokowe okienka, ale na ścianie jednej z apsyd widnieje też rozglifione okno romańskie.
W najbliższym otoczeniu kościoła odnajdujemy tajemniczą, przełamaną płytę z wizerunkiem krzyża o zaokrąglonych końcach ramion i rozwidlonego u dołu. Źródła donoszą, że kamień pochodzi jeszcze z czasów Księstwa Wielkomorawskiego, a więc z VII wieku!
Chrast' jest miejscem bardzo malowniczym, leży nad rzeką Hornad, bardzo tu spokojną, gdy porównać ją z jej górnym biegiem w nieodległym Słowackim Raju. Szkoda tylko, że malowniczy brzeg z pejzażem rustykalnych zabudowań w tle, zdobią girlandy plastikowych butelek i innych śmieci niezbieranych tu chyba od pokoleń.
Hrabušice odnajdujemy u stóp północno-zachodniej części Słowackiego Raju. To dobra baza wypadowa w to malownicze miejsce, niedaleko stąd do szlaków na przełom Hornadu. Jest tu też natomiast XIII-wieczny, pierwotnie romański kościół (przebudowany na modłę gotycką w XV wieku).
Zbudowany w formie bardzo charakterystycznej dla regionu (prezbiterium-nawa-wieża; dziś prezbiterium jest klasycznie gotyckie). Na południowej ścianie nawy znajduje się pięknie zachowany i zakonserwowany, acz zamurowany portal uskokowy o pojedynczej parze kolumn z gładkimi kapitelami, przechodzącymi w masywny wałek archiwolty. W tympanonie zachował się przepiękny, barwny fresk. Przedstawia on scenę ukrzyżowania, Chrystusa adoruje Matka Boska i św. Jan oraz inni święci, u stóp samego krzyża znajduje się zaś czaszka (Golgota to wszelako "Wzgórze czaszki").
Na wieży widnieją dwa poziomy biforiów. Górny poziom to klasyczne romańskie okienka przedzielone kolumienką z kapitelem zdobionym guzami. W dolnych biforiach kolumienka rozwija się w maswerki - co nawiązuje już do gotyku. Na wieżę zdołaliśmy wejść (po prostu drzwi były otwarte) - to jednak wyprawa dla niebojących się filigranowych drewnianych schodków, demonicznej konstrukcji uruchamiającej dzwony i ptasiej grypy (gnieżdżą się tam chyba wszystkie gołębie ze Spiszu). Pod okapem dachu wieży widać natomiast zatynkowany fryz arkadkowy.
Do Hrabušic warto wpaść dla samego portalu kościoła. A miłośnicy gotyku znajdą tu również skrzydłowy ołtarz świętych Wawrzyńca i Szczepana, wykonany w XVI w. w pracowni słynnego Mistrza Pawła z Lewoczy - kolegi Wita Stwosza, zresztą - naszym skromnym zdaniem - zdolniejszego. A potem koniecznie na szlaki Słowackiego Raju!
Zanim trafiliśmy do wioski Ilija, zgubiliśmy się kilka razy. Jeżdżąc w kółko w tę i z powrotem po drodze nr 525 z Bańskiej Szczawnicy (dobra rada - przed stacją benzynową skręcić w wieś Sitnianska) i szukając zjazdu na kręte, górskie dróżki, omal nie zrezygnowaliśmy z szukania kościółka pod wezwaniem św. Idziego. I to byłby dopiero błąd!
Kręta dróżka nienajlepszej jakości, ale za to jakże urokliwa, prowadzi nas ku podnóżu wzgórza cmentarnego, na szczycie którego odnajdujemy maleńki, romański kościółek. Kościółek z zewnątrz nie prezentuje się okazale - przebite w baroku okna, w wydłubanym barbarzyńsko tynku wołają o pomstę do nieba kable schodzące się do skrzynki wmurowanej beztrosko na samym środku apsydy. Całość bielona, ale wapno odchodzi płatami. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na okoliczne pagórki, jest bardzo cicho i bardzo spokojnie.
Kościołem opiekuje się pani Jozefina Pecnikowa (numer domu 9) i u niej należy pytać o klucze. Warto, bo to co najciekawsze w Ilija, to wnętrze.
Pochodzenie kościółka historycy datują na 1254 rok i wiążą z zakonem benedyktynów, archeolodzy odkryli tutaj ponadto fundamenty jeszcze jednej budowli - może klasztoru? W trakcie swojej historii kościółek był przebudowywany, między innymi w dobie baroku, kiedy to dobudowano do kościółka wieżę i zakrystię, przebito okna.
Wieża kryje najcenniejszy skarb kościółka w llija - bogato zdobiony, uskokowy portal z misterną kamieniarką. Portal zdobią trzy pary kolumn odsuniętych od siebie prostokątnymi filarkami. Całość spina masywna archiwolta, na której wałkach podziwiać można pozostałości dekoracji malarskiej. Zwraca uwagę misternie pleciony wałek środkowy - drugi od wewnątrz. Nie zachowały się wszystkie kolumny portalu, ale z tego, co pozostało można wysnuć wniosek, że odcinały się czerwonym kolorem kamienia od piaskowcowych filarków. Archiwoltę wypełnia gładki tympanon o trójlistnym wykroju. Uwagę zwraca kamieniarka kapiteli - po prawej stronie kolumienki mają kształt liściastych kielichów, z guzełkami przypominającymi muszelki. Lewa strona jest bardziej frapująca - tutaj odnajdujemy motywy zwierzęce w postaci dziwnych - dwuciałych a jednogłowych stworzeń (walczących gryfów, smoków?) - maszkaronów. Czyżby północna strona portalu oddawała znaną romańską dychotomię stron świata - dobrego, jasnego południa i mrocznej, tajemniczej północy, domeny demonów, potworów i diabłów? Bazy kolumienek są tak zniszczone, że nie sposób odgadnąć ich pierwotnego kształtu. Całość - tak misterna i bogata, że aż zadziwiająca w tak malutkim, zagubionym wśród wzgórz kościółku - robi piorunujące wrażenie.
Ale to nie koniec atrakcji, jakie ma dla nas Ilija. Oto bowiem wnętrze. Kształt wnętrza (nie licząc poprzebijanych okien i wystroju będącego rajdem przez wszystkie epoki) zachował się doskonale - mała nawa, ściana tęczowa, apsyda. Na ścianie północnej, wypreparowany spod tynku - fragment fresku przedstawiającego ledwo widoczną twarz - Chrystusa? Fresk ujęty jest z góry i dołu namalowanym, czarno-zielonym "fryzem ząbkowym" u dołu - geometrycznym w góry.
Ale to wciąż nie koniec - łuk tęczowy zdobią bowiem ujęte w okrągłe medaliony przedstawienia świętych. Puste miejsca między czerwono obwiedzionymi medalionami wypełniają motywy roślinne - zielone liście. Fresk jest znakomicie zachowany i bardzo ładnie wyeksponowany.
Kościółek w Ilija, tak malutki, z pozoru niepozorny, to więc nie lada cacko dla miłośników architektury romańskiej. I nie tylko, bo ze względu na jego niepodważalną wartość, został wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Dla zwiedzających romańską Słowację - przystanek obowiązkowy.
Z Polski to kawał drogi, ale wyprawa to niezwykła i malownicza. Przedzieramy się przez Wołowskie Wierchy, zostawiając Słowacki Raj z jednej, a Rudawy Słowackie z drugiej strony. Następnie przez Gemer, na południe, ku granicy węgierskiej. To tereny, które Węgrzy zwykli uważać za swoje. Z Rimavskej Soboty jedziemy jeszcze dziesięć kilometrów na południe drogą 531, by znaleźć się w Rimavskich Janowcach.
Znajdujemy tu niezwykły zabytek - XII-wieczny, klasycznie romański, pobenedyktyński kościół, który z zewnątrz nie zmienił się wcale. Ma nawet romańską sygnaturkę. Jakaż odmiana po zbarokizowanych inwalidach polskiego romanizmu. Uszkodzony w XVI w. został odnowiony w 1751, a następnie w 1832 r. Najpoważniejszych szkód doznał w 1857 r., kiedy spłonął przyległy doń klasztor. Kościół odnowiono niedługo później, w latach 1875-76.
Był kościołem klasztornym benedyktynów, o jednej pokaźnej nawie krytej stropem, prezbiterium szerokim jak nawa, zakończonym apsydą i ciekawym rozwiązaniu części zachodniej: kościół rozszerza się tam, tworząc rodzaj pseudo-dwuwieżowej fasady. Samych wież jednak nie ma.
Zbudowany z szarego ciosu kościół jest zdobny w przepiękne dekoracje kamieniarskie. Pod okapem dachu na całej długości nawy oraz apsydy znajduje się fryz arkadkowy, a powyżej niego - ząbkowy. Szczyt wschodni ponad apsydą zdobiony jest również arkadkami, pod którymi znajdują się małe okienka, a wszystko wieńczy fryz diamentowy. Ściana apsydy podzielona jest zaś lizenami. W szczycie ściany zachodniej znajdują się trzy wąskie i podłużne okna, nad nimi - arkadki, całość zaś również i tu zamyka fryz diamentowy.
Wszystkie okna są tu oryginalne. W korpusie kościoła i apsydzie - rozglifione, w pseudo-wieżach prostokątne, bardzo wąskie, obronne. Nad portalem zachodnim znajduje się zaś okrągłe okno - oculus. Co ciekawe, okien nie znajdziemy po północnej stronie korpusu nawy. Tutaj bowiem znajdował się zniszczony w XIX w. pożogą klasztor. Jego osmalony kształt cały czas widoczny jest na tej ścianie.
Od zachodu do wnętrza prowadzi uskokowy portal - prosty, bez kolumienek. Zdobią go dwa wałki w uskokach oraz gładki tympanon z wizerunkiem Baranka Bożego. Ślad po drugim, zamurowanym portalu, znajdujemy na ścianie południowej.
Kto chce obejrzeć wnętrze, musi odnaleźć panią Annę Fačkovą, w domu nr 56 (tel. 047 56 77 301). Uwaga, bo we wsi zmieniała się numeracja, domy zresztą numerowane są chyba według kierunków wiatru. Zachował się w kościele romański układ wnętrza, na półściankach oddzielających prezbiterium od nawy odnajdziemy dwie wnęki. Całe wnętrze pokryte jest neogotyckimi, XIX-wiecznymi freskami. Ładnie odrestaurowany jest kasetonowy strop.
Rimavske Janovce, mimo że leżą z daleka od miejsc popularnych wśród polskich turystów, to jednak ze wszech miar warte są zobaczenia. Ostrzegamy tylko, że w Gemerze, inaczej niż na Spiszu, o jakichkolwiek udogodnieniach dla turystów nie ma co marzyć. Hranulki albo wyprażany syr dostaniemy co najwyżej w Rimavskej Sobocie, w mniejszych wsiach trudno liczyć nawet na potraviny. Polecamy więc zabrać kanapki i dotrzeć tam koniecznie!
Tym bardziej, że z powrotem wracać można przez Sivetice. Ale to już inna historia...
Dość trudno tu trafić - trzeba w Jelšavie odnaleźć drogę nr 526 i krętą trasą przez wyżyny Gemeru kierować się na Hnuštę. Rákoš znajdziemy po ok. 30 km - zaraz po wjeździe do miejscowości trzeba odbić po prawej stronie na kierującą się w górę niepozorną dróżkę - zanim na to wpadliśmy, objechaliśmy Rákoš dwa razy. A wszystko w strugach ulewnego deszczu.
Kiedy się z tym już uporamy, trafimy na wzgórzu na niepozorny późnoromański kościółek z 2 połowy XIII wieku. Jest dziś w opłakanym stanie, acz trwają przy nim jakieś prace konserwatorskie. Jest to jednonawowy kościółek bez wieży, z prezbiterium zamkniętym apsydą. Na ścianach nawy znajdują się podłużne, lekko rozglifione i półkoliście zamknięte okna (jedno ewidentnie rekonstruowane, widać obok niego ślady po dużym, przebitym później). Takie samo okno znajduje się też na ścianie apsydy. Do wnętrza prowadzi od południa niewielki, ostrołukowy portali bez ozdób. Brzydkie ślady na ścianach wokół niego każą nam się zastanowić, czy nie było tam ongiś kruchty.
Zbudowany z ciosu kościół pokryty jest zniszczonym tynkiem, na południowej ścianie zachowały się resztki czerwonego fresku przedstawiającego Chrystusa (?). Więcej fresków - jak twierdzi przewodnik Pascala, znajduje się wewnątrz - tego jednak nie dane nam było sprawdzić osobiście. Wieś wydawała się wymarła a rzęsisty deszcz nie zachęcał do poszukiwań kościelnego.
Trochę smutno nam było, gdy wyjeżdżaliśmy z Rákošy - to ze względu na opłakany stan kościółka znajdującego się zupełnie z dala od tras turystycznych. Mamy nadzieję, że nie rozsypie się całkiem.
Wystarczy z Popradu kierować się na Prešov. Kilkanaście kilometrów za Levočą zobaczymy niezwykły widok. Nad sennym miasteczkiem Spišské Podhradie góruje monumentalne zamczysko - najrozleglejsze w tej części Europy. Ruiny rozciągają się na 4 hektarach wzgórza o wysokości 600 m. npm. Mieszkali tu już Celtowie. Pierwsze wzmianki o zamku pojawiają się w XII w. Ponoć podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. tu właśnie chronili się mieszkańcy Spiszu.
Rekonstrukcja romańskiej wieży mieszkalnej (© A. Filau, muzeum Spišski Hrad)Zamek spiski to przekrój historii architektury od XII do XVII wieku. Interesujące nas, a więc pochodzące z czasów romańskich zabytki, odnajdujemy na górnym zamku. To przede wszystkim ogromny, zawieszony nad przepaścią pałac. Ruiny noszą ślady wielu późniejszych przebudów, co doskonale widać po ilości i różnorodności okien. Są wśród nich też dwa biforia, jedno proste, drugie z kolumienką o kapitelu zdobionym guzłami, podobnie jak w pobliskiej Spišskiej Kapitule. Kolejnym zabytkiem z czasów romańskich na górnym zamku jest tzw. donżon czyli wieża mieszkalno-obronna, o okrągłej podstawie i lekko zwężającym się ku górze kształcie. W ramach zwiedzania można wspiąć się na sam szczyt - widok niezapomniany. Tym bardziej, że wrażenie robią już same schody umieszczone w grubości muru. Z XIII wieku pochodzą także fortyfikacje górnego zamku. Dodajmy jeszcze, że pierwszy donżon na Spiskim Zamku znajdował się niżej - zarys jego przyziemia można oglądać na podzamczu. Było to w czasach, gdy cały zamek składał się w zasadzie z tej wieży mieszkalnej (zobacz rycina obok).
Bardzo przyjemne wrażenie robi to, jak zamek został zagospodarowany. Wzniesiono tu repliki średniowiecznej zabudowy drewnianej, która w sezonie służy za stragany, przy których można nawet postrzelać z łuku. Idealne miejsce do przyjazdu z dziećmi, a i dorośli miłośnicy architektury na pewno nie będą się nudzić. Zwłaszcza, że w pobliżu jest Spišská Kapitula oraz Żehra. Wszystkie te zabytki wraz z zamkiem, figurują wspólnie na liście Dziedzictwa Światowego UNESCO.
Warto zobaczyć też: www.slovakheritage.org
Trafić tu nietrudno, bo mówimy o jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc na Słowacji. U stóp Spiskiego Zamku leży miasteczko Spišské Podhradie. Wystarczy z Popradu kierować się na Prešov, minąć Levočę (a najlepiej zatrzymać się tu w katedrze św. Jakuba i zobaczyć gotyckie rzeźbiarstwo Mistrza Pawła) i niebawem odbić w prawo. Po przeciwległej niż zamek stronie miasteczka piętrzy się drugie wzgórze - nazwane imieniem św. Marcina, a na nim Spišska Kapitula - siedziba biskupa spiskiego, zwana "Słowackim Watykanem".
To urokliwy zespół urbanistyczny, miasteczko kościelne otoczone XIV- wiecznymi murami. Jest tu seminarium i malownicze uliczki z widokiem na Spissky Hrad, ale przede wszystkim potężna katedra św. Marcina. Dziś gotycka, ale jej dwuwieżowa fasada zachodnia zachowała romański kształt z XIII wieku. Oglądamy tu dwa poziomy biforiów o głowicach kolumienek zdobionych guzłami. Przestrzenie ścian wieży dzielone są lizenami i fryzami arkadkowymi (o nieco wyostrzonych łukach arkadek). U dołu, osadzony w zdobionej arkadkami wimperdze, znajduje się piękny uskokowy portal, gdzie głowice kolumienek łączą się w zygzak dekorowany guzłami - takimi samymi jak w biforiach i - dodajmy - jak w biforium na Zamku Spiskim.
Romański jest również drugi portal, północny - dzisiaj ukryty w kruchcie. Jest węższy, mieści jednoskrzydłowe drzwi, ale ma podobną dekorację. Niestety, nie pozwolono nam go sfotografować. Żeby fotografować wnętrza kościołów na Słowacji, trzeba mieć zgodę biskupa, a najlepiej samego Papieża... Nie mamy pojęcia, co takiego do ukrycia mają słowackie Kościoły. Najpewniej monopol na pocztówki.
Romański charakter ma kruchta wieżowa, gdzie zachowały się masywne sklepienia krzyżowo-żebrowe i filary wiązkowe. Nawa kościoła była podwyższona, warto zwrócić uwagę na filary - mniej więcej dwóch trzecich wysokości zachowały się pierwotne ich głowice, ujawniając oryginalną wysokość nawy. Romańska jest także rzeźba z 2 połowy XIII w., którą zobaczymy zaraz po wejściu przez północny portal - sfotografowana przez nas z narażeniem się na słowacką anatemę - to Leo Albus, Biały Lew o ujmująco błogim uśmiechu. Kościół był wielokrotnie przebudowywany, znajdujemy tu więc wszelkie możliwe style. Warto dodać, że był on regotycyzowany - w 1873-89 usunięto zeń barokowe dodatki. Podobnie stało się we wnętrzu, które dziś mieści kolekcję pięknych, filigranowych gotyckich ołtarzy.
Pięknie tu i spokojnie, Słowacki Watykan to miejsce, gdzie znakomicie się odpoczywa. Odwiedzając Spiski Zamek, trzeba tu koniecznie zajrzeć.
Kapituła Spiska figuruje na liście Dziedzictwa Światowego UNESCO.
Spišská Stará Ves znajduje się zaraz za przejściem granicznym w Niedzicy. W tej sennej miejscowości, oprócz masowo odwiedzanych przez Polaków potravin, odnajdujemy kościółek, przy którego bocznym wejściu wmurowano wtórnie romańskie płaskorzeźby. To przedsmak tego, co wielbiciela romańszczyzny czeka na Spiszu.
W okrągłych polach znajdują się dwie tajemnicze twarze. Płaskorzeźba po prawej stronie przedstawia brodatą postać z - być może - tonsurą zakonną. Zagadkowe są motywy roślinne, które ją okalają. Postać po lewej, nieco gorzej zachowana, otacza nimb z promieniami - tak przedstawiano Chrystusa, wszelako nasza postać mogłaby być Duchem Świętym - domyślamy się tak po promieniach skierowanych w dół.
Jeśli jednak ktoś z Państwa zna znaczenie tych płaskorzeźb, będziemy zobowiązani :) Tymczasem zachęcamy do odwiedzenia Starej Wsi Spiskiej w drodze na Spisz, albo przynajmniej podczas wypadu na narty w te rejony.
Miejscowość o prawie niemożliwej do wymówienia nazwie leży tam, gdzie rozwidla się droga z Popradu na Levocę i Nową Wieś Spiską. Stamtąd też prowadzą trasy dojazdowe pod Słowacki Raj. A w samej miejscowości leży kościół św. Władysława. Doskonale widać go jeszcze z trasy, a zwraca uwagę niezwykłą dobudowaną doń gotycką kaplicą. Romańskie są tutaj okna wieży - świadczą o tym, że powstał jeszcze przed najazdem tatarskim na Spisz. Reszta kościoła to już wczesny gotyk, wieżę wzniesiono w stylu przejściowym.
Wieża ma dwa poziomy biforiów. W każdym z nich znajduje się kolumienka o ozdobnym kapitelu, dekorowanym guzłami. Wieżę wieńczy typowy dla słowackiego gotyku hełm w kształcie iglicy z bocznymi iglicami, podobny do tego z gotyckiej katedry w Bardejovie. Nadaje on całości sympatyczny, rustykalny charakter.
Nie sposób natomiast nie wspomnieć o niezwykłej gotyckiej Kaplicy Zapolskich. Powstała w 1473 r. i uznawana jest za najpiękniejszą kaplicę gotycką Słowacji. Z zewnątrz wygląda, jakby ktoś wyciął segment francuskiej katedry i porzucił go na Spiszu, obok małego słowackiego kościółka.
Bardzo malownicze to miejsce i choć może romańszczyzny tu nie za wiele - warto zrobić przystanek w drodze do Spiskiego Zamku.
Z Rimavskej Soboty kierujemy się na wschód ku miasteczku Tornal'a, przed którym odbijamy na Jelšavę, na drogę 532. Przed Jelšavską Teplicą znajduje się mała wioska Šivetice. Tu kierujemy się w lewo, na gruntową drogę prowadzącą na cmentarz. Na środku cmentarza, na który wchodzimy przez zabytkową barokową bramę, stoi zabytek bezcenny, według nas Grand Prix słowackiego romanizmu (ex equo z Rimavskimi Janovcami).
Jest to wielka rotunda z XIII wieku. Zbudowana jest z drobnej cegły, jej ściany zdobią wąskie ślepe arkady wydzielone lizenami. Rotundę mogli postawić joannici, na co wskazuje wybór jako patronki św. Małgorzaty. I nietypowe zdobienia elewacji, co zakon maltański najwyraźniej lubił (por. Stara Zagość). Jest to rotunda z tzw. apsydą wewnętrzną, niewidoczną na zewnątrz, oddzieloną od części dla ludu łukiem tęczowym. W tylnej części znajdowała się pierwotnie empora.
Całe wnętrze rozświetla tylko pięć rozglifionych okien: dwa nad portalem, a trzy na przeciwległej ścianie - w prezbiterium. Do środka prowadzi portal, wokół którego wyraźne są ślady wyburzonej kruchty. Jest to portal uskokowy, bez kolumn, o archiwolcie zdobionej solidnym wałkiem. Na tympanonie znajdują się resztki fresku - na nasze oko przedstawiającego zmartwychwstanie. Drzwi do kościoła - ku naszemu bezbrzeżnemu zdumieniu - okazały się zapraszająco otwarte. Wokół nie było nikogo. Na pohybel powszechnym na Słowacji zakazom fotografowania wnętrz, rozstawiliśmy statyw (fotografując, broń Boże bez lampy błyskowej!). Spędziliśmy tam dobrą godzinę.
Bo wewnątrz odnajdujemy prawdziwe cuda. Cała rotunda pokryta jest freskami z różnych epok, natomiast na ścianie apsydy, wokół prezbiterium, odnajdujemy te najważniejsze. Pochodzą z XIII w. Dolny pas fresków przedstawia Pasję - od ostatniej wieczerzy po złożenie do grobu i zmartwychwstanie. Górny - to legenda o św. Małgorzacie Antiocheńskiej - apokryficznej dziewicy i męczennicy, która za niewyrzeczeni się chrześcijaństwa została skazana na spalenie, potem na ugotowanie - ale modlitwy uchroniły ją od śmierci. Wreszcie, zginęła przez ścięcie.
To wprost nieprawdopodobne, że tak niezwykły zabytek stoi niepilnowany, a co więcej - tak rzadko odwiedzany. Polecamy gorąco wyprawę do rotundy św. Małgorzaty. Wrażenia niezapomniane!
Nie wolno pominąć tego miejsca, gdy jest się na Spiszu. Drogowskazy poprowadzą tutaj ze Spiskiego Zamku. Tutejszy kościół p.w. Ducha Świętego figuruje wraz z zamkiem i Spiską Kapitułą na liście Dziedzictwa Światowego UNESCO. Słynie z bodaj najokazalszych fresków na całej Słowacji.
Kościół, jak podają źródła z 1245 r., ufundował imć hrabia Jan. Budowę ukończono w 1275 r. Jest on prostą budowlą, dokładnie jak większość spiskich świątyń złożoną z nawy, prosto zamkniętego prezbiterium i wieży z biforiami. Budowano go w stylu przejściowym, późnoromańskim i wczesnogotyckim. Wielokrotnie go następnie modernizowano - ma dziś nawet cebulasty hełm wieży, wewnątrz zaś dobudowano w nawie gotyckie sklepienie oparte na jednym filarze. Z zewnątrz oglądamy biforia wieży oraz ładne podłużne rozglifione okienko prezbiterium z trójlistnym maswerkiem.
Dziś do środka wchodzi się przez wieżę, pierwotny romański portali zabudowano kruchtą. Uskokowy portal ma kształt ostrołuku, dobrze widać na jego przykładzie styl przejściowy. Ościeże wieńczą dwie pary kapiteli z motywem roślinnym. Na gładkim tympanonie zachował się fresk przedstawiający ukrzyżowanie. Freski o motywach geometrycznych zdobią też archiwoltę.
Do wewnątrz wchodzimy, odnalazłszy opiekunkę (kustosza - jak się tu mówi) - kościoła. Adres jest na tabliczce przy prowadzących na kościelne wzgórze schodach. Pani kustosz otworzy za niewielką opłatą, ale zdjęć robić nie pozwoli, choć próbowaliśmy ją zawzięcie korumpować. Nic z tego. Dlatego, pomni na nasz manifest, bez mrugnięcia okiem umieszczamy w tej galerii cztery zdjęcia z przewodnika dostępnego na miejscu do kupienia.
Bo właśnie wnętrze jest w Żechrze najważniejsze. Cały interior pokrywają malowidła romańskie i gotyckie, zdradzające inspiracje włosko-bizantyjskie. Najstarsze są tu tzw. zacheuszki, czyli krzyżyki konsekracyjne wymalowane na ścianach (w formie krzyża wpisanego w okrąg) - to miejsca, gdzie konsekrujący świątynię kapłan namaszcza krzyżmem ściany. Z XIII wieku pochodzi również fresk z portalu. XIV-wieczne freski odnajdujemy w prezbiterium i na ścianie łuku tęczowego. Na krzyżowo-żebrowym sklepieniu prezbiterium widnieje bodaj najciekawszy: po północnej stronie widzimy postać z trzema twarzami. Oznaczać ma ono ni mniej ni więcej, lecz Trójcę Świętą. Po przeciwnej stronie widzimy Abrahama i 12 plemion Izraela.
Drobiazgowe opisanie wszystkich tych fresków wymagałoby osobnej strony internetowej, zamiast tego zachęcamy, by zobaczyć je na własne oczy. My mieliśmy mnóstwo szczęścia - gdy tam byliśmy, barokowe ołtarze zostały akurat wywiezione do konserwacji. Widzieliśmy czyste wnętrze i freski na co dzień niedostępne, bo ukryte za barokiem. Zakaz fotografowania bolał jak nigdy...
Żehra - obecność obowiązkowa!
Zobacz też: www.slovakheritage.org
Do Eger trudno nie trafić, będąc na Węgrzech. To po Budapeszcie i Tokaju (też polecamy) chyba jeden z najczęściej odwiedzanych punktów na mapie Kraju Bratanków. Któż z nas nie potrafi rozłożyć barwnego wachlarza wspomnień na dźwięk nazwy Egri Bikaver - Bycza Krew, jak zwą bardzo przyzwoite czerwone wino z uprawianych tutaj winorośli. Nazwa pochodzi z z XVI wieku, gdy miasto odparło atak Turków, a werwę obrońcy mieli zawdzięczać jakoby pojeniu tutejszym mocnym, esencjonalnym, czerwonym winem.
Już wjeżdżając do miasta od strony autostrady otrzymuje się upragnione widoki: wzgórza pokryte winnicami, rzędami jasnozielonych krzewów. Bez trudu można tu trafić do omszałej, wilgotnej piwniczki, jednej z wielu wyrytych w zboczach tutejszych wzgórz, a winne esperanto pozwoli bez trudu się dogadać, nawet jeśli gospodarz nie włada żadnym innym językiem poza węgierskim. Degustacja z wiekowych beczek gwarantowana, wrażenia niezapomniane.
Ale my, mimo wszystko, nie o tym...
Eger to ogromnie przyjemne średniowieczne miasteczko, skoncentrowane u stóp wzgórza zwieńczonego urokliwym i imponującym zamkiem. Na wzgórzu tym w czasach nas interesujących znajdował się pałac biskupi i katedra. Biskupstwo założył tu w XI w. sam św. Stefan (ten sam, który nosił koronę pierwotnie przeznaczoną dla polskiego Bolesława Chrobrego). Dziś eksponowane są tutaj pozostałości przyziemia katedry i umieszczonej obok niej rotundy - baptysterium (brawa dla gospodarzy wzgórza, którzy odmiennie niż w np. w Krakowie, nie mają zwyczaju przywalać romańskich reliktów gruzem i piaskiem).
Z katedry pozostało kilka par filarów nawy, odtworzono posadzkę, zachował się także pokaźny fragment potężnej apsydy prezbiterium. Rozmieszczenie filarów i ścian bocznych pozwala wyobrazić sobie katedrę jako pokaźną i reprezentacyjną budowlę.
Przy południowej ścianie katedry znajdowało się baptysterium w kształcie rotundy, której wątki przyziemia zachowały się do dziś. Bardzo prosty kształt z niewielkim prezbiterium po stronie wschodniej, owalnym, prawie jajowatym. Był to najwcześniejszy budynek siedziby biskupstwa Eger. Datuje się ją na przełom X i XI wieku. Po stronie zachodniej, bardzo dobrze wyeksponowany pod szklaną pokrywą, znajduje się podposadzkowy pochówek, którego właścicielem był najprawdopodobniej jeden z pierwszych dygnitarzy egerskiego biskupstwa, jego eminencja Buldus, który zginął był śmiercią męczeńską.
Ogromnie polecamy wizytę w Eger, nie tylko ze względu na delicje z uliczki zwanej Doliną Pięknej Pani. Miasto oferuje również atmosferę sennego, zabytkowego miasteczka, będącego również rarytasem dla tropiciela wątków rozmaitych kultur. Ze średniowiecznego wzgórza zamkowego doskonale widać zarówno wieże kościoła Franciszkanów, jak i zachowaną w centrum miasta szczupłą, iglicową wieżę tureckiego minaretu.
A ominięcie w drodze powrotnej jednej z czekającej przed granicami miasta winnych piwniczek z pokrytymi futerkiem pleśni beczkami, byłoby ciężkim zaniedbaniem.
Może to i zabrzmi kiczowato, ale trafiliśmy tutaj o zachodzie słońca pięknego, letniego dnia. W Zsambek takie elementy mają znaczenie: można tu oglądać monumentalne, romantyczne ruiny późnoromańskiego kościoła z XIII wieku, zbudowanego tu przez francuskich norbertanów. Pyszni się na wzgórzu, na odsłoniętych murach jego wnętrza układają się niezwykłe cienie.
Kościół popadł w ruinę po trzęsieniu ziemi w XVIII wieku i od tamtej pory nie był odrestaurowany. Zapadł się jego dach, północna ściana i apsyda prezbiterium. Do dziś podziwiać możemy dwie wieże zachodniego szczytu, jedną z oryginalnym czworobocznym hełmem, obie zdobne w smukłe triforia na najwyższym piętrze i biforia poniżej. Nad nimi znajdują się skomplikowane fryzy z półkolistych, falujących arkadek (podobne znajdziemy w Rumunii, w Alba Julia) i fryzy ząbkowe. Ścianę zachodnią zdobiła kiedyś rozeta. Wnętrze kryte było zapewne sklepieniem krzyżowym, resztki jego służek zachowały się do dziś. Kapitele służek zdobią misterne ornamenty roślinne.
Skojarzenia z rumuńskim Alba Julia budzi też apsyda kończąca nawę południową. Niezwykle pieczołowicie zdobiona, pod okapem ma fryz trój liścienny i ząbkowy, misterną obwódką otoczone są także jej rozglifione okna.
Świątynia miała po zachodniej stronie emporę, większość łuków arkad kończyła się ostro. Po zachodniej stronie, pod monumentalną rozetą, znajdował się duży uskokowy portal (dziś odtworzony w cegle).
Misterność kamieniarskich zdobień zadziwia. Charakterystyczne, potrójne arkadki, trójliście, skomplikowane formy roślinne, klasyczne kostkowe kapitele, wysmukłe triforia... Zresztą, co tu dużo mówić, niech nasze zdjęcia mówią same za siebie. A najlepiej ruszyć z Budapesztu autostradą M1 na Zachód i zobaczyć Zsambek na własne oczy. Zwłaszcza o zachodzie słońca.
Zaledwie 15 kilometrów od Budapesztu leży niewielka wioska Ócsa. Odnajdujemy tu przepięknie zachowaną i równie pięknie odrestaurowaną romańską bazylikę z pierwszej połowy XIII wieku. Opiekuje się nią dziś gmina kalwińska, a w dostaniu się do środka pomogą bardzo uczynni ludzie z centrum turystycznego położonego przy głównej drodze wioski (dziękujemy!).
To klasyczna forma romańska: trójnawowa, z wielobocznie zamkniętym prezbiterium, transeptem, wielobocznymi apsydami kaplic przylegających od wschodu do skrzydeł transeptu, z dwuwieżową fasadą i południowym portalem. Ściany postawione z ciosu piaskowcowego dekorowane są misternymi lizenami spiętymi klasycznym romańskim fryzem arkadkowym a powyżej niego - ząbkowym.
Niektóre ciągi fryzu arkadkowego zdradzają już ostrołukowe sympatie, co w zestawieniu z wielobocznymi kształtami apsyd sprawia wrażenie, że tutejsi mistrzowie kamieniarscy nie przepadali za formami półkolistymi i myślami wybiegali już po trosze w gotyk. Ale ócsańska bazylika to jeszcze sam środek romanizmu.
Na wieżach znajdziemy biforia na niższym i triforia na najwyższym poziomie, piętra zdobione są kolejno fryzem arkadkowym i ząbkowym, a wyżej - kostkowym. Masywna ściana zachodnia wsparta jest na kilku skarpach. W dekoracji rzeźbiarskiej kapiteli portalu i kolumn znajdziemy mnóstwo wolut, guzłów i motywów roślinnych. Nie brak tu też zwierząt, głównie ptaków.
Południowy, główny portal, to klasyka gatunku. Dość skromny jak na tych rozmiarów świątynię, z gładkim tympanonem i czterema parami kolumn łączonymi wałkową archiwoltą. Nieopodal portalu, na ścianie nawy, znajdziemy w kamieniu głębokie bruzdy - kościelny mieszanką węgierskiego i niemieckiego tłumaczy, że pozostawili je swoimi szablami tureccy najeźdźcy.
Drugi portal znajduje się po stronie północnej. Podobny, o trzech kolumienkach, których kapitele zdobią liście kojarzące się z naszą Złotoryją.
Wnętrze rzuca na kolana. Nieskażone barokiem, surowe, bielone wapnem, kryte drewnianym stropem, znakomicie wydobyte z mroku dyskretnym oświetleniem. Strop opiera się na masywnych, wiązkowych bądź wielokątnych filarach zwieńczonych kapitelami o podobnej, roślinnej dekoracji. W prezbiterium znajdziemy dwie pisciny zamknięte misternym trójliściem i jedną zamkniętą półkoliście. Ściany pokryte są freskami: to "Sąd ostateczny" i "Legenda o świętym Władysławie". Znajdziemy tu też wpisane w okrąg krzyżyki konsekracyjne świątyni. Wszystkie okna zachowały romańskie rozglifienia, a ścian nie szpeci tynk. W prezbiterium zwracają uwagę służki wkomponowane w załomy ścian.
We wnętrzu znajdziemy uroczy portalik prowadzący do zakrystii, o gładkim tympanonie i pojedynczym wałku archiwolty. Ściana nawy głównej, masywna, prosta i rozświetlona rozglifionymi okienkami, jak zwykle zapiera dech w piersiach.
Nie możemy powstrzymać się od złośliwego komentarza, że Ócsa to znakomite miejsce dla tych, którzy po zwiedzaniu Budapesztu zapragną zobaczyć coś naprawdę starego :) A zupełnie poważnie - ta niewielka wioska na południe od stolicy Kraju Bratanków kryje skarb, który jest obowiązkowym punktem dla każdego wielbiciela romanizmu.
Rzym. Wieczne miasto. Jedno z najważniejszych dla kultury Zachodu miejsc, gdzie rodziły się i umierały imperia, epoki, style, gdzie od trzech tysięcy lat działa się wielka historia. Pojechaliśmy tam, by na zatłoczonych placach, gwarnych ulicach, ale i w zapomnianych przez turystów zaułkach, cichych piazzach odnaleźć pozostałości tej wielkiej historii. Od kampanili do kampanili, od wielkiej bazyliki św. Jana na Lateranie po chiche i jakby zapomniane kościółki Santa Pudenziana czy San Giorgio in Velabro, od złotego Bizancjum mozaik Santa Maria Maggiore po mroczny i ascetyczny romanizm Santa Maria in Cosmedin nasz zachwyt Wiecznym Miastem rósł. Jego efekt to dwadzieścia galerii rzymskich kościołów, które będziemy sukcesywnie prezentować w Albumie. Uprzejmie prosimy o cierpliwość, opisać te wszystkie wspaniałości to ciężka praca!
Po ogromie i bogactwie bazyliki św. Jana na Lateranie (z czego na pierwszy plan wysuwają się niezwykłe krużganki - ale o tym jeszcze nie teraz), maleńkie, zbudowane z rudej, rzymskiej cegły baptysterium św. Jana u Źródła może wydawać się niepozorne. Ale nie dajmy się zwieść - tu też kryją się skarby!
Baptysterium w formie rotundy powstało tu bardzo wcześnie - już na początku IV wieku (zaadaptowano na nie istniejący już budynek). Podczas pierwszej przebudowy w V wieku nadano baptysterium kształt ośmiokąta z niewielką kopułą, podtrzymywaną w środku przez osiem kolumn. Basen chrzcielny znajdował się na środku, wokół niego znajdowało się obejście. W V wieku dodano również do budynku cztery kaplice. I one są właśnie najciekawsze...
Samo wnętrze baptysterium dzisiaj - choć zachowało swój romański kształt - nie zachowało romańskiego charakteru. Żeby zobaczyć coś oryginalnego, trzeba zajrzeć do kaplicy św. Jana Ewangelisty, gdzie odnajdziemy prawdziwe skarby - mozaiki z V wieku (w tym przepiękne przedstawienie Chrystusa w apsydzie), odsłonięte fragmenty posadzki, kolumny oraz zamurowane przezrocza okienne (podobne do tych, które znamy np. z kościoła Santa Sabina). W innej kaplicy - św. Jana Chrzciciela - znajdują się za to drzwi, które pochodzą z term Karakalli.
Chodziliśmy po baptysterium św. Jana na Lateranie wyobrażając sobie, jak mogło wyglądać w czasach Konstantyna i świetności pałacu laterańskiego, pokryte złoconymi mozaikami... Tutaj tworzyła się historia, tutaj triumfujące po wiekach prześladowań chrześcijaństwo przejmowało duchową władzę nad chylącym się już powoli ku upadkowi Imperium. Tutaj tworzyła się Europa.
Miejsce, w którym stoimy ma bogatą i długą historię. Jest to też jedno z najważniejszych dla chrześcijaństwa miejsc na świecie - "matka i głowa wszystkich kościołów miasta i świata", archibazylika, katedra biskupa Rzymu, czyli papieża. Bazylika św. Jana na Lateranie. A w zasadzie - bazylika Najświętszego Salwatora, św. Jana Chrzciciela oraz św. Jana Ewangelisty.
Całkiem tu tłoczno i głośno - przez krzyżujące się tutaj arterie komunikacyjne mkną samochody. Na ustawionych niedaleko "świętych schodów" straganach imigranci z północnej Afryki sprzedają beatyfikacyjne gadżety w rodzaju Jana Pawła II z kiwającą główką. Napis w języku papieża-Polaka głosi - "u nas taniej niż w Biedronce". Przed nami monumentalna fasada z białego kamienia. Trudno po niej poznać, że miejsce, w którym stoimy historią swoją sięga czasów Konstantyna. Pierwszy cesarz przyjazny chrześcijaństwu podarował pałac laterański (który otrzymał w posagu swojej drugiej żony Fausty) papiestwu. Odbył się tu synod potępiający herezję donatystów, a papieże zagościli tu na stałe (a przynajmniej na długo). Szybko wniesiona pięcionawowa bazylika stanęła w miejscu dawnych koszar Maksencjusza i była sercem organizującego się w nowe, formalne już i państwowe struktury, chrześcijaństwa. Kompleks rozrastał się - dobudowano baptysterium, benedyktyński klasztor, wreszcie tajemniczą kaplicę San Lorenzo, znaną ze "świętych schodów", które przywieźć miała z Jerozolimy cesarzowa Helena oraz "nie ręką ludzką uczynionego" wizerunku Chrystusa.
Ale - tak jak samo papiestwo - bazylika i pałac miały też swoje gorsze czasy. Najpierw, budynki ucierpiały w czasie najazdu Wandalów, w IX wieku - wskutek trzęsienia ziemi. Potem - ucierpiało samo papiestwo, wywiezione razem z Klemensem V (papieżem, który rozwiązał zakon Templariuszy, choć zwolnił ich z zarzutu herezji) do Awinionu. Podczas krótkiej choć mrocznej "niewoli awiniońskiej" cały kompleks kilkakrotnie nawiedzały pożary i kiedy ostatecznie papiestwo wróciło do Rzymu, kompleks nie nadawał się do zamieszkania. Wtedy to podjęto decyzję o przeniesieniu "stolicy apostolskiej" do Watykanu, do istniejącej tam już od czasów Konstantyna bazyliki i zaordynowano budowę pałacu watykańskiego.
Co nie znaczy, że papieże o Lateranie zapomnieli. Bazylikę i pałac odbudowywano i przebudowywano od XV do XVIII wieku. W XVI wieku Domenico Fontana odbudował pałac i zaprojektował północną fasadę kościoła, wtedy też pojawił się na placu słynny obelisk Konstantyna, zwindykowany oczywiście w Egipcie ze świątyni w Karnaku. W XVII wieku za kościół zabrał się kontrowersyjny mistrz baroku Francesco Borromini i od tego czasu wnętrze bazyliki wiele się nie zmieniło (a mianowicie wygląda, jakby wybuchło w nim wielkie opakowanie bitej śmietany w sprayu). Na koniec, w XVIII wieku powstała wyżej wymieniona klasycystyczna fasada autorstwa Allesandra Galilei.
fot. Justyna i Kamil GórkaNiestety niewiele pozostało tu z czasów, które nas interesują - prawie wszystko pokryte jest barokową skorupą bitej śmietany Borrominiego. Zacznijmy więc od czasów najwcześniejszych - możemy tu znaleźć zabytki z czasów starożytnego Rzymu - posąg Konstantyna pochodzi z term, a drzwi - z siedziby rzymskiego senatu, czyli Kurii. Wewnątrz, w morzu barokowych dekoracji łatwo przegapić niewielki fresk Giotta przedstawiający Bonifacego VIII ogłaszającego święty rok 1300. Wewnątrz, wśród barokowych, poskręcanych w przedziwnych pozach ciał świętych (można pobawić się w rozpoznawanie świętych po atrybutach) znaleźć możemy kilka papieskich grobów. Imponujące mozaiki w apsydzie to też niestety tylko kopie zniszczonych oryginałów. Nie zdążyliśmy się im nawet przyjrzeć - akurat zaczynała się codzienna msza i panowie ochroniarze grzecznie a stanowczo poprosili nas o schowanie aparatów, zajęcie miejsca w ławie bądź oddalenie się i nieprzeszkadzanie. Uznaliśmy to za ten moment, w których pora udać się na krużganek.
Bo tu, na krużganku, można odnaleźć jedno z najpiękniejszych romańskich miejsc w całym Rzymie. Na trzynastwieczne pozostałości dawnego klasztoru wchodzi się z transeptu, z północnego skrzydła. Bogactwo zdobień w stylu arte cosmatesca odbija znaczenie tego miejsca dla całego chrześcijaństwa. Podwójne kolumienki podtrzymujące arkady są filigranowe, poskręcane w różne fikuśne kształty, wielokolorowe. Obchodzenie krużganków (a są one dość spore) to cudowny spacer. Przepiękne kolumenki, interesujące lapidarium starożytnych i średniowiecznych pozostałości dawnego klasztoru i bazyliki, zieleń, cisza i spokój. Cudowna odmiana po całym dniu biegania po mieście o typowo południowym temperamencie.
Bazylika św. Jana na Lateranie jest dla nas szczególnie ważna. Ale nie z powodu jej starożytnego pochodzenia, wagi dla Kościoła katolickiego czy czysto fizycznego ogromu (przyznajemy - jest ogromna). To te niezwykłe krużganki, zwichrowane przez czas i trzęsienia ziemi, ale wciąż wspaniałe, kojarzą nam się jak najlepiej. Z ciszą, pięknem, zachodem słońca nad kopułami Rzymu...
Dowlekliśmy się na Eskwilin na przysłowiowych ostatnich nogach, prosto z Lateranu, na który zaniosło nas (oczywiście na piechotę) z Centro Storico, dokąd przydreptaliśmy z okolic Watykanu. Bazylikę widać już z daleka, jej monumentalna bryła i wysoka, romańska kampanila stanowią punkt orientacyjny w terenie. Pchnąwszy ciężkie drzwi znaleźliśmy się w środku. Rzędom jońskich kolumn zdawałoby się nie było końca...
Początki bazyliki wiążą się nierozerwanie z początkami kultu Matki Boskiej w kościele katolickim. Legenda mówi, że w IV wieku papież Liberiusz miał sen - objawiła mu się Matka Boska i poleciła, by w miejscu, gdzie spadnie śnieg wybudować kościół (stąd pierwsze wezwanie - Matki Boskiej Śnieżnej). Jakież było zdziwienie Rzymian, gdy w nocy z 4 na 5 sierpnia 352 roku rzeczywiście spadł śnieg, znacząc zarys przyszłego kościoła na wzgórzu Eskwilińskim (do dziś świętuje się rocznicę tego wydarzenia, kiedy to sypie się w bazylice płatki białych róż). Kościół wzniesiono w V wieku z polecenia papieża Sykstusa III po uznaniu przez sobór w Efezie dogmatu niepokalanego poczęcia. Potężna bazylika o rzędach wyszabrowanych ze świątyni Junony jońskich kolumn i bogatych, kolorowych mozaikach stanęła zatem na Eskwilinie ku chwale Matki Boskiej, której kult szerzył się w całym chrześcijańskim świecie.
Pierwsze przebudowy bazyliki miały miejsce w XIII wieku, kiedy to do kościoła dostawiono wysoką kampanilę, dobudowano transept i apsydę. Mimo że układ przestrzenny kościoła od swoich początków w V wieku stosunkowo niewiele się zmienił (jońskie kolumny wciąż podtrzymują masywne ściany zwieńczone monumentalnym stropem), to jednak wyposażenie i dekoracje nie należą już do tych oryginalnych. Najbardziej zmienił się chyba zewnętrzny wygląd kościoła - patrząc na jego XVIII wieczną fasadę, barokowe kopuły nad kaplicami i skrzydła pałacu kapituły przylegające od lewej i prawej do kościoła, nie sposób domyślić się jego antycznego niemalże rodowodu. Jednak jest w środku kilka cudów, które przypominają o bizantyjskiej chwale kościoła...
Na wewnętrznych ścianach nawy głównej, ponad kolumnadą znajdujemy słabo widoczne, obudowane barokowymi złoceniami panele wypełnione mozaiką. To pozostałości z pierwotnej dekoracji kościoła, przedstawiające sceny biblijne. Trudno je wypatrzyć z poziomu posadzki, przydaje się teleobiektyw, przez który na maksymalnym zbliżeniu podziwiamy te cudeńka, prakomiksy o żywych wciąż barwach. Tutaj czytelnikowi należy się wyjaśnienie - dlaczego mamy z tego miejsca tak niewiele zdjęć? Przecież mozaiki te ciągną się po jednej i po drugiej stronie nawy przez całą długość kościoła. Cóż, winne są gabaryty budowli. Mozaiki można spokojnie przez teleobiektyw oglądać, jednak próba zrobienia im zdjęcia w ciemnym, przepastnym wnętrzu przypomina próbę sfotografowania kolibra w locie, szczególnie, że nasz teleobiektyw nie posiada stabilizatora obrazu. Na wszystkie zrobione mozaikom w nawie zdjęcia wyszło jedno - przedstawia biblijną wieżę Babel.
Kolejny skarb to mozaiki na łuku tęczowym. Pochodzą z V wieku i przedstawiają sceny z Nowego Testamentu, poświęcone Matce Bożej. Mamy więc tu Zwiastowanie, Pokłon Trzech Mędrców, Rzeź Niewiniątek, Ofiarowanie w świątyni i Heroda przyjmującego Mędrców ze Wschodu. Pośrodku łuku znajduje się tron Boga-Ojca pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem oraz metaforyczne przedstawienia ewangelistów. W późniejszej o kilka wieków apsydzie również feeria barw - to przedstawienie Koronacji Matki Bożej w asyście świętych. I znów dopadła nas fotograficzna klątwa bazyliki Santa Maria Maggiore - rzymskim zwyczajem żeby oświetlić mozaiki, trzeba wrzucić do automatu kilka euro, co zwykle starcza na kilka minut. Jednak w tym kościele automat znajdował się... w kruchcie. Zatem, wrzuciwszy monetę, puściliśmy się w długą przez długi jak boisko kościół, lawirując wśród turystów, odprowadzani czujnym wzrokiem ochroniarza, by chociaż przez chwilę nacieszyć oczy mozaikami i zrobić kilka zdjęć. Niezbyt ostrych, przyznajemy, i nie najlepiej skadrowanych. Naszą uwagę przykuwa jeszcze posadzka w stylu arte cosmatesca, wykonana z marmuru i porfiru.
To generalnie tyle - przez wieki wnętrze kościoła pokryła skorupa barokowych złoceń, plafonów, wyrosły tu zarośla kręconych wymyślnie kolumieniek, a załomy iluzjonistycznych ołtarzy zamieszkały pyzate aniołki wygięte w nienaturalnych pozach. Warto jednak rozejrzeć się jeszcze raz po kościele, w którego wnętrzu znajdujemy świadków trudnych dziejów kościoła katolickiego. Spójrzmy zatem w górę, na ozdobiony herbami papieży z surowo osądzonego przez historię rodu Borgia - Kaliksta III i Aleksandra VI (który od niedawna ma dla nas twarz Jeremy'ego Ironsa). Zdobi go przywiezione przez Krzysztofa Kolumba zrabowane Nowemu Światu złoto, ofiarowane papieżom przez Izabelę Katolicką. Spójrzmy na kilka papieskich nagrobków - oto Sykstus V, Paweł V z rodu Borghese, Pius V, papież, który obłożył ekskomuniką Elżbietę I. Nieco dalej - grobowiec rodzinny rodu Berninich. Leży tu najszerzej znany przedstawiciel tego rodu, papieski rzeźbiarz i - według Dana Browna - Iluminata, Gian Lorenzo Bernini, autor najpiękniejszych barokowych rzeźb, z których najbardziej znana to chyba Ekstaza (hm...) św. Teresy.
Przebodźcowani chociaż niezaspokojeni fotograficznie opuszczamy bazylikę Santa Maria Maggiore, jedną z czterech bazylik papieskich Rzymu. Pora udać się na zasłużony odpoczynek, gdzieś w jakiejś skromnej pizzerii lub trattorii, przy kieliszku Frascati i parującej zapachem bazylii i oliwy z oliwek misce makaronu...
Kościół San Bartolomeo jak mało które miejsce w Rzymie wiąże się z najwcześniejszą historią Polski (co na rzymskie warunki nie oznacza znowu tak głębokiej przeszłości). W tym niewielkim kościółku na wyspie Isola Tiberina Otton III złożył relikwie ramienia św. Wojciecha, a historia polskiego (a może czeskiego?) świętego spleciona jest od wieków z tym miejscem.
Przez starożytny most Ponte Fabricio przechodzimy z Getta na Isola Tiberina. Już z mostu możemy dostrzec zgrabną sylwetkę kościoła z przyklejoną do niej charakterystyczną kampanilą. Niewielka, ale urocza wysepka dzisiaj mieści szpital (jeden z najstarszych w Rzymie). Jest to o tyle znaczące, że w starożytności znajdowała się tu świątynia Eskulapa (ciągłość kulturowa została zachowana). Na placyku przed kościołem niespokojnie kołują mewy, krzycząc wniebogłosy. Toczą zajadły bój o porcję spaghetti z sosem pomidorowym, które ktoś zostawił im na murku od strony rzeki. Co za miejsce, gdzie nawet latające szczury jedzą lepiej, niż u nas karmią w niejednej stołówce szkolnej czy studenckim barze...
Kościół San Bartolomeo stoi w miejscu dawnej świątyni Eskulapa. Mówi się, że kolumny kościoła pochodzą właśnie z tej świątyni. Tutaj również, u stóp ołtarza bije źródełko o uzdrawiających właściwościach. Studzienka, jaką obmurowano źródełko jest dla naszej najstarszej historii zupełnie wyjątkowym zabytkiem - zawiera bowiem najprawdopodobniej najstarsze przedstawienie św. Wojciecha. Ale po kolei.
Początki kościoła toną w mrokach historii - jedni historycy uznają, że ufundował go Otton III właśnie w kontekście rodzącego się kultu świętego męczennika z dalekiego kraju, inni cofają jego historię dalej w przeszłość. Kościół początkowo nosić miał wezwanie właśnie św. Wojciecha/Adalberta. Wezwanie św. Bartłomieja i św. Paulina z Noli pojawiło się XII wieku, kiedy do kościoła sprowadzono relikwie św. Bartłomieja, a ostatecznie utrwaliło się wezwanie San Bartolomeo. Otton wybrał wyspę na Tybrze nie bez powodu - usytuowanie kościoła miało nawiązywać do szczegółów męki św. Wojciecha, zamordowanego nad brzegiem jeziora Drużno. Szerzący się i niezwykle istotny politycznie kult słowiańskiego świętego miał gorącego orędownika w osobie cesarza, który w koście San Bartolomeo złożył relikwie ramienia św. Wojciecha, które otrzymał od swojego sprzymierzeńca, młodego księcia Bolesława (relikwie zostały podzielone między dwie stolice ówczesnego świata - Rzym i Akwizgran). Rzymskie relikwie św. Wojciecha powróciły do Polski w 1928 roku i przechowywane są w skarbcu katedry gnieźnieńskiej.
Sam kościół nie sprawia oszałamiającego wrażenia - agresywny barok nie pozostawia wiele miejsca na średniowieczne reminiscencje - kościół w XVI wieku przebudowano po zniszczeniach, jakich doznał. Kościół ma bardzo klasyczny układ niewielkiej bazyliki z transeptem, apsydą i kaplicami po obu stronach prezbiterium. Pod kościołem znajduje się ottońska krypta, której niestety nie udało nam się zobaczyć.
Płaskorzeźba na cembrowinie studzienki uważana za najstarsze przedstawienie św. WojciechaTo, co najciekawsze, to cembrowina studzienki, z wizerunkami Chrystusa Zmartwychwstałego, cesarza (najprawdopodobniej Ottona III), św. Bartłomieja (postać z brodą i księgą) oraz najprawdopodobniej św. Wojciecha. Postać trzymająca w ręku pastorał, ubrana w paliusz uznawana jest za pierwsze przedstawienie św. Wojciecha w ikonografii (nie przez wszystkich historyków - niektórzy uznają, że to przedstawienie św. Paulina z Noli).
Fascynujące jest napotkać w obcym mieście, gdzieś na drugim końcu Europy ślady postaci i wydarzeń tak dobrze znanych z naszej rodzimej historii. Kościół San Bartolomeo może nie jest najbardziej charakterystycznym i najlepiej zachowanym starym kościołem w Rzymie, ale bliski jest polskiej duszy (chociaż o dziwo Polaków tu mało). Miło się odpoczywa słuchając pokrzykiwania ptaków, na murku nad Tybrem. A za Tybrem czeka już na nas Zatybrze, z setkami knajpek i trattorii, gdzie można znakomicie zjeść, wypić i poczuć się trochę jak na krakowskim Kazimierzu...
Z Forum Romanum, z Koloseum ruchliwą Via di San Giovanni in Laterano dojść można spacerkiem na Lateran. Robi się tu trochę mniej turystycznie, a ceny w mijanych trattoriach wyraźnie spadają. Ale nie dajmy się zwieść - w tej spokojnej okolicy znajduje się jeden z najbardziej niezwykłych kościołów Rzymu - bazylika San Clemente.
Historia tego miejsca jest długa i mówi prawie wszystko o historii samego Rzymu. Na początku stał tu dom, budynek z czasów Republiki, spalony w 64 roku w czasie wielkiego pożaru Rzymu. Odbudowany na zgliszczach nowy dom był własnością rzymskiego dostojnika, konsula i męczennika Titusa Flaviusa Clemensa, który bardzo wcześnie nawrócił się na chrześcijaństwo, za co zapłacił wysoką cenę. Kiedy chrześcijaństwo wyszło z katakumb i zostało oficjalną religią Imperium, w IV wieku dom został zamieniony na kościół, przystosowany do celów kultowych. Przez stulecia wiele się tu zmieniało, dom został rozbudowany do rozmiarów całkiem sporej bazyliki. W XI wieku, w czasie najazdu Normanów kościół spłonął. Odbudowano go z rozmachem i ten budynek podziwiać można do dziś.
Kościół San Clemente dziś to trójnawowa bazylika bez transeptu, za to z atrium, którego jońskie kolumny zrecyclingowano najprawdopodobniej z forum. Budynek z rudej, rzymskiej cegły wtapia się w architekturę ulicy i prawie można go przeoczyć.
Apsyda - pocztówka z kościoła San ClementeWewnątrz od razu uwagę zwraca apsyda z niezwykłą mozaiką przedstawiającą "triumf krzyża" - w centrum mozaiki znajduje się krzyż, otoczony girlandami wici roślinnych. Na krzyżu przysiadły białe gołąbki, poniżej - baranki. Ciąg dalszy mozaik znajduje się na łuku tęczowym. Całość skrzy się złotem i oszałamia barwami. Kolejny niezwykły element to schola cantorum na środku kościoła, bogato dekorowana marmurami, które pochodzą jeszcze z pierwszej bazyliki. Całości dopełnia posadzka w stylu arte cosmatesca. Wnętrze kościoła jednak nie uniknęło barokowych przebudowań - dekoracje sufitu i ścian naw pochodzą z XVIII wieku. W kościele znajdują się relikwie św. Klemensa, jednego z pierwszych papieży oraz św. Cyryla - apostoła Słowian. Co ciekawe, kościół nie jest orientowany na wschód - od wschodu znajduje się atrium i wejście
Cud św. Klemensa w dolnym kościele - pocztówka z kościoła San Clementedo kościoła. Może być to tajemnicza pozostałość wpływów kultów solarnych, popularnych w Rzymie w czasie powstawania chrześcijaństwa (jedno z pierwszych przedstawień Chrystusa w watykańskim Necropolis ukazuje go jako "Słońce Niezwyciężone", Sol Invictus).
Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że w kościele obowiązuje zakaz fotografowania, pilnowany przez energiczne panie kustoszki. To, co udało nam się sfotografować zanim zostaliśmy przywołani do porządku - to nasze. Zwiedzając resztę niezwykłości tego kościoła musieliśmy powstrzymać odruchy fotograficzne i zadowolić się kupnem pocztówek. A jest co zwiedzać, bo "górny kościół" to dopiero początek...
Okazuje się bowiem, że pierwsza bazylika nie zniknęła do szczętu. Archeologowie wypreparowują spod obecnej bazyliki jej starsza siostrę. Wciąż czytelny pozostaje układ budowli, a na misternie odsłoniętych ścianach i kolumnach wciąż widać ślady wczesnochrześcijańskich fresków. To jednak wciąż nie koniec - schodzimy niżej, do pozostałości po rzymskich domach z przełomu tysiącleci. I odnajdujemy kolejne miejsce kultu, tym razem nie chrześcijańskiego.
Mitreum - pocztówka z kościoła San Clemente To pochodzące z II wieku Mitreum, czyli świątynia boga Mitry, niezwykle popularnego w starożytnym Rzymie. Niewielka "jaskinia" pomieścić mogła kilkanaście osób - najprawdopodobniej była to kaplica przy szkole mitraistycznej. Centralne miejsce zajmuje tu ołtarz ozdobiony wizerunkiem Mitry zabijającego byka. W znajdującej się w ścianie niszy zaś przetrwał wizerunek Mithras petra generix - Mitry zrodzonego ze skały. Po prawej i lewej stronie od ołtarza znajdują się kamienne ławy dla zebranych członków społeczności. Podziemia kościoła San Clemente można zwiedzać godzinami, przenosząc się w czasie i zmieniając kręgi kulturowe. Labirynt tajemnych przejść między pieczołowicie wygrzebanymi z ziemi pozostałościami po codziennym życiu starożytnych Rzymian daje wiele do myślenia o skomplikowanej historii tego miasta. A jeszcze w dodatku gdzieś w oddali szemrze cicho podziemna rzeka (dziejów?).
San Clemente to niezwykły pomnik kulturowego trwania, przenikania się epok, porządków, sacrum (różnych) i profanum. To przystanek obowiązkowy, lekcja historii i fascynujący dokument, który czytać można długo i na wiele sposobów.
Na Zatybrzu naprawdę można się zgubić. Wąskie (i często śpele) uliczki, ciemne zaułki... Już traciliśmy nadzieję, że potrafimy zlokalizować kościół przyczepiony do wystającej poza niskie kamieniczki kampanili, kiedy okazało się, że kościół leży przy głównej (i całkiem ruchliwej, jak to w Rzymie) ulicy Zatybrza - Viale di Trastevere. Ciężko było zrobić mu zdjęcie w całości, bez przejeżdżających, czy parkujących w okolicy samochodów. Cóż, trudno. Kontekst zabytku też jest ważny.
Kościół San Crisogono należy do grupy najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie (tituli) - pierwszą świątynię zbudował tu papież Sylwester I w IV wieku. Dzisiaj pozostałości tej pierwszej budowli z czasów Konstantyna można zwiedzać w zakrystii. Nie do końca wiadomo, jaka była pierwotna forma tego kościoła, najprawdopodobniej była to typowa, konstantyńska bazylika. Kościół został na nowo zbudowany w XII wieku, w formie takiej, jaką prezentuje dziś. W XII wieku kościół uzyskał też romańską kampanilę. Kolejna przebudowa to wiek XVII, kiedy to udekorowano wnętrze i dobudowano do kościoła portyk.
Kościół ma bardzo klasyczny układ starych rzymskich kościołów (trójnawowa bazylika z pseudotranseptem i apsydą, z rzędami antycznych kolum jońskich, kryta stropem), jednak w śródku króluje barok. To, na co warto zwrócić uwagę, to po pierwsze niezwykła posadzka w stylu arte cosmatesca, po drugie - freski w apsydzie (Madonna z dzieciątkiem), pędzla Pietra Cavalliniego, a po trzecie - konfesja z VIII wieku i ołatarz z XII wieku (kryty baldachimem zaprojektowanym przez samego Gian Lorenza Berniniego).
Nie spędziliśmy tu dużo czasu - właśnie zaczynała się msza i nie chcieliśmy przeszkadzać zebranym w kościele wiernym w modlitwie (stąd mizeria naszej galerii - nie wypadało nam robić zdjęć, kiedy ksiądz rozpoczynał nabożeństwo). Omietliśmy wzrokiem misterne posadzki, rzuciliśmy okiem do środka prezbiterium i poszliśmy dalej. Zatybrze ma bowiem jeszcze wiele atrakcji.
Autor przewodnika Rough Guides (bardzo polecamy, naprawdę dobry przewodnik po Rzymie!) zareklamował nam kościół San Giorgio in Velabro jako jeden z najpiękniejszych starych kościołów w Rzymie. Postanowiliśmy to sprawdzić. Okazuje się, że to święta prawda.
Gwarne Piazza Bocca della Verità, gdzie trwały akurat przygotowania do wielkiej bitwy na poduszki, na co dzień jest niebywale zatłoczone. Japońskie i amerykańskie wycieczki cisną się w kolejce do słynnych Ust Prawdy, zupełnie nie zwracając uwagi na dostojne, romańskie piękno kościoła Santa Maria in Cosmedin, w portyku którego znajdują się słynne Usta. Ruchliwymi ulicami mkną trąbiąc wniebogłosy samochody i wszechobecne skutery. A wystarczy odejść kilka kroków Via del Velabro, minąć zniszczony przez kaprysy pogody Łuk Janusa, i naraz znajdujemy się w zupełnie innym świecie...
Na małym placyku stoi niewielki kościół zbudowany z rudej, rzymskiej cegły. Wygląda nieco koślawo, z przekrzywionym portykiem, niewysoką kampanilą i przyklejonym do kościoła po lewej stronie niewielkim łukiem ku czci Septymiusza Sewera i jego rodu. Sam kościół pochodzi z VII wieku, portyk i kampanila - z XII wieku. Całe szczęście w Rzymie zasada otwartych (chociaż nie w czasie sjesty) kościołów jest pieczołowicie przestrzegana. Weszliśmy zatem do środka...
Kościół ma niezwykle prosty układ - to trójnawowa bazylika bez transeptu, z nawą główną zamkniętą od razu apsydą. Kościół przekryty jest stropem (po którym najlepiej widać, jak nierówna jest nawa główna), w nawach bocznych widać odsłoniętą więźbę dachową. Proste, oszczędzone przez barok (to w Rzymie dość nietypowe) ściany nawy głównej podtrzymują arkady oparte na wiekowych kolumnach o korynckich i jońskich kapitelach. Nawy boczne doświetlają niewielkie, rozglifione okienka. Nawę główną - pięknie, misternie wycięte w kamieniu kwadratowe otwory okienne. W głównym ołtarzu znajdującym się pod prostym baldachimem spoczywają relikwie św. Jerzego (fragment jego czaszki), które zostały tu złożone w VIII wieku.
Wnętrze kościoła jest ascetyczne i puste (cóż za odmiana po orgiastycznym baroku, którego w Rzymie pełno na każdym kroku!), jego w zasadzie jedyna dekoracja to niezwykły fresk w apsydzie, trzynastowieczne dzieło Pietra Cavalliniego. Fresk przedstawia Chrystusa w otoczeniu świętych (m.in. św. Jerzego oraz Matki Bożej). To dzieło jeszcze średniowieczne, choć można doszukiwać się w nim już zapowiedzi renesansu.
Spędziliśmy w kościele San Giorgio in Velabro niezwykłe, pełne skupienia i zadumy nad sztuką pół godziny podczas gdy popołudniowe światło robiło z wnętrzem kościoła niesamowite rzeczy. Potem posiedzieliśmy jeszcze na ławeczce przed kościołem chwilę podziwiając wygrzewającego się na dachu zabytkowego Mini Morrisa kota-kanapowca. A potem, jak zwykle na zakończenie dnia wypełnionego od rana do wieczora zwiedzaniem - poszliśmy na wino i kawałek pizzy.
Piazza Venezia to dzisiaj jeden z najbardziej ruchliwych placów Rzymu. Stąd niedaleko do Centro Storico, na Fora, a co najważniejsze, stoi tu Il Vittoriano - majestatyczna budowla z pomnikiem Wiktora Emmanuela, przez Rzymian zwana Wielką Maszyną Do Pisania. To centrum dzisiejszego Rzymu. Od zgiełku Piazza Venezia uciekamy na spokojniejszy Piazza San Marco. Tu, pilnowana przez spłukaną przez deszcze, hojnie obdarzoną przez rzeźbiarza Madam Lucretię (w rzeczywistości to posąg Izydy), jeden z "mówiących posągów Rzymu", stoi bazylika San Marco.
Historia tego miejsca sięga IV wieku. Kościół ufundował papież Marek, ku czci swojego imiennika Ewangelisty. Pierwsze renowacje miały tu miejsce w VIII wieku, a znaczna przebudowa w wieku IX, za panowania papieża Grzegorza IV. Z tego właśnie okresu pochodzi najcenniejszy skarb kościoła - mozaika apsydialna, przedstawiająca papieża Grzegorza ofiarowującego kościół Chrystusowi, w otoczeniu świętych, między innymi św. Marka Ewangelisty. Papież ukazany jest w charakterystycznym, kanciastym nimbie przynależnym osobom żyjącym. Poniżej znajduje się przedstawienie baranków, o których autor naszego przewodnika napisał, że niedwuznacznie przypominają one lamy. Niniejszym - potwierdzamy owo wrażenie. Na łuku tęczowym znajdują się mozaiki przedstawiające ewangelistów w swoich metaforycznych wyobrażeniach.
I to niestety tyle, jeśli chodzi o romańskie lub późnoantyczne pozostałości w tym kościele. Renesansowa a potem barokowa rewolucja znacznie przeobraziły jego wygląd, choć układ przestrzenny, jaki znamy z innych starych bazylik Rzymu (szeroka nawa główna przekryta stropem, majestatyczna apsyda, rzędy kolumn oddzielających nawy boczne) został zachowany.
Kontynuujemy spacer przez Fora, na odległy Lateran. Żegna nas Madam Lucretia, na której twarzy padający przez setki lat deszcz wyżłobił wyraz lekkiego zdziwienia.
Przez pachnące serem i pomidorami Campo di Fiori, labirynt wąskich uliczek Getta, trafiamy nad Tyber. Mijamy dostojną synagogę i teatr Marcellusa i trafiamy na niezwykły zabytek. Wygląda trochę jak znany nam z Rumunii Igor (pamiętacie kościółek w Densus, zbudowany z pozostałości po rzymskim mieście?) - to kościół San Nicola in Carcere, który w swoim korpusie zawiera szczątki trzech rzymskich świątyń.
Kościół San Nicola in Carecere zbudowano w VI wieku na ruinach Forum Holitorium, z pozostałości świątyń - m.in. Junony i Janusa. W opuszczonych świątyniach w czasach bizantyjskich znajdowało się tu więzienie, stąd część wezwania "in carcere", czyli "w więzieniu". Co do wezwania św. Mikołaja, słyszeliśmy dwie teorie. Pierwsza tłumaczy, że w czasach, gdy powstawał kościół, Tyber przepływał znacznie bliżej i znajdował się tu targ rybny - a św. Mikołaj to również patron żeglarzy. Druga mówi o wspólnocie greckiej mieszkającej w okolicy, która nadała kościołowi to wezwanie (św. Mikołaj to ważny święty w tym kręgu kulturowym).
Kościół jest niejednolitą, eklektyczną bryłą, w której doskonale widać wtórnie użyte mury rzymskich świątyń, łącznie z kolumnami o jońskich kapitelach. Wypreparowane z muru przez konserwatorów zabytków dają dobre wyobrażenie, jak powstawał kościół i jakim zmysłem do recyclingu wykazali się jego budowniczowie. Układ kościoła jest klasyczny, charakterystyczny dla większości rzymskich starych kościołów - bazylika, z arkadami wspartymi na kradzionych, rzymskich kolumnach, zamknięta apsydą (a w zasadzie trzema apsydami, na zakończeniu naw głównej i bocznych), kryta stropem. Dostawiona w średniowieczu kampanila (nieco inna, niż większość rzymskich kampanili) służy za dzwonnicę.
Kościołowi niestety nie udało się uniknąć przebudowy - pierwszy raz przebudowano go w późnym XVI wieku, potem w wieku XIX. Niestety w środku nie pozostało wiele ze średniowiecznej atmosfery - złocenia i kolorowe dekoracje nieco psują efekt. Co ciekawe, kościół jest dzisiaj miejscem kultu maryjnego - czci się tutaj obok Najświętszej Panienki z Pompei Najświętszą Panienkę z Guadalupe. W kościele znajduje się kopia cudownego obrazu tej ostatniej, przysłana w XVIII wieku z Meksyku.
Kościół San Nicola in Carcere może nie powala klimatem, może niewiele tu zostało z jego oryginalnej atmosfery, ale to niewątpliwie bardzo ważny świadek swoich czasów, kiedy to rosnące w siłę chrześcijaństwo pochłaniało to, co pozostało z umarłego ze starości Imperium. To kamienny dowód ciągłości kulturowej.
Rzymskie Zatybrze to niezwykła dzielnica - nieco odrapana, trochę zakurzona, pełna tętniących po zmroku życiem knajpek. Trochę jak nasz krakowski Kazimierz. Przez wąskie i kręte uliczki, na azymut wyznaczony przez średniowieczną kampanilę, przez placyki gdzie przyszłe gwiazdy światowego futbolu kopią zapamiętale szmacianą piłkę wśród krzyków i pisków, trafiamy do kolejnej już odkrytej w zatłoczonym i zadeptanym przez turystów Rzymie, oazy spokoju - do kościoła Santa Cecilia in Trastevere.
Święta Cecylia to popularna rzymska święta, której historia przypomina znane nam już historie św. Praksedy i św. Pudencjany. Rzymska arystokratka, która podobnie jak jej mąż, zginęła podczas prześladowań za czasów Marka Aureliusza. Najpierw jej oprawcy próbowali ugotować ją żywcem w jej własnej łaźni, a następnie odrąbali jej głowę. W miejscu jej domu już w III wieku stanęła chrześcijańska świątynia, a w podziemiach kościoła zwiedzać można rzeczywiście pozostałości rzymskiej willi. Obecny kościół pochodzi, a jakże, z czasów papieża Paschalisa I, czyli z IX wieku.
Dziedziniec kościoła z niewielką fontanną na środku tchnie spokojem. Klasycystyczny fronton kościoła zapowiada, że wnętrze też zostało przebudowane. Niestety, z romańskiego majestatu rzeczywiście w środku niewiele pozostało. Gruntownie przebudowany w XVIII wieku jedynie swoim klasycznym układem (bazylika, trzy nawy, apsyda) przywodzi na myśl to, co znamy chociażby z kościoła San Giorgio in Velabro.
Jednak kościół ten zawiera trzy niezwykle interesujące dla romańskich poszukiwaczy zabytki (niestety z nich udało nam się zobaczyć tylko jeden). Po pierwsze, to apsydialna mozaika z czasów papieża Paschalisa I, prezentująca dobrze znanego nam papieża w towarzystwie św. Cecylii, która prezentuje go Chrystusowi. Drugi to fresk "Sąd ostateczny" Pietro Cavalliniego, znajdujący się na galerii dla chóru, a trzeci - to dekorowana w stylu arte cosmatesca krypta, gdzie przechowywane są relikwie św. Cecylii. Niestety ani fresku, ani krypty nie udało nam się zobaczyć - byliśmy tu wieczorem, pół godziny przed zamknięciem kościoła. Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Odpoczywając w chłodku fontanny na dziedzińcu kościoła Santa Cecilia in Trastevere planujemy ciąg dalszy wieczoru, kiedy zamkną nam już wszystkie kościoły. Pizza? Pasta? Wino? A może wszystko na raz?
Na Kapitolu, na tyłach Wielkiej Maszyny Do Pisania, czyli Ołtarza Ojczyzny, Il Vittoriano, znajdujemy miejsce, w którym - jak w wielu innych miejscach Rzymu - historie różnych epok splatają się ze sobą. Monumentalne schody mogą przyprawić o opad rąk tych, którzy właśnie weszli i zeszli z Il Vittoriano. (podpowiadamy więc: z Wielkiej Maszyny do Pisania wiedzie - przez kawiarenkę - dogodne przejście na wzgórze). Na szczycie - prosta, ruda fasada, goła ściana, za którą czeka nas wspaniałe (chociaż niestety już nie romańskie) wnętrze. To kościół Santa Maria in Aracoeli - Matki Boskiej Ołtarza Niebiańskiego.
Kościół stoi w miejscu, gdzie w starożytności stała świątynia Junony Monety (w której rozpoczęła się nowoczesna historia pieniądza), na wzgórzu Kapitol. Do dziś świątynia ta poświęcona jest Senatowi i Ludowi Rzymskiemu. Tu, według legendy, Sybilla Tyburtyńska miała przepowiedzieć cesarzowi Oktawianowi przyjście na świat Jezusa. W miejscu starożytnej świątyni w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powstał bizantyjski klasztor, potem ofiarowany Franciszkanom, na którego miejscu w XIII wieku ufundowano kościół, romański, ale z elementami wczesnego gotyku. Monumentalne schody (z 124 stopniami) powstały w XIV wieku, u ich podnóża wykonywano wyroki śmierci - zginął tu między innymi samozwańczy trybun ludowy, przywódca ludowej rewolucji mającej przywrócić rzymską republikę Cola di Rienzo. Tu Rzym świętował bitwę pod Lepanto i błagał o ratunek podczas epidemii Czarnej Śmierci.
Kościół ma klasyczną formę bazyliki z szeroką nawą główną krytą stropem. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają 22 kolumny, które wyszabrowano z różnych rzymskich starożytnych budowli. Co ciekawe, każda kolumna jest inna, nie sposób znaleźć tu dwóch pasujących do siebie par. Kościół - udekorowany barokowo - kryje w swoim wnętrzu dzieła światowej klasy - freski Pinturicchia (kaplica pierwsza od prawej), nagrobki autorstwa Donatella i Michała Anioła. Z interesującego nas najbardziej okresu pochodzi posadzka i amobony w stylu cosmatesca i niewielki fresk Pietro Cavalliniego.
W kaplicy za ołtarzem znajdujemy zaś niezwykłą rzeźbę - to Santo Bambino, figurka Dzieciątka Jezus, mająca cudowne właściwości. Figurka postawiona przy łóżku chorego miała wrócić mu zdrowie, więc podróżowała często po mieście ciesząc się specjalnymi względami na zatłoczonych ulicach. Wykonano ją w XV wieku z drzewa oliwnego przywiezionego z Getsemani. Dziś możemy podziwiać jedynie kopię tej rzeźby - skradziono ją z kościoła w 1994 roku i do dzisiaj nie udało się jej odnaleźć.
Może nie ma tu zbyt wiele romańskich pozostałości, ale obok Donatella czy Pinturicchia nie sposób przejść obojętnie, jak również obok cudownej figurki Santo Bambino. Piękny stąd widok na fora, na Lateran i resztę Kapitolu. Schody męczą, ale wejść naprawdę warto!
Zatłoczony plac Piazza della Bocca della Verita - mkną samochody, tłoczą się turyści. Rozglądamy się dookoła. Na niewielkim skwerku, ogrodzone prowizorycznym ogrodzeniem stoją w zadumie dwie rzymskie świątynie z II wieku p.n.e - świątynia Portunusa (błędnie uważana za świątynię Fortuny Virilis) i Herkulesa Zwycięzcy (błędnie uważana za świątynię Westy). Po drugiej stronie ulicy tłoczy się kolejka. Na jej widok oboje jęknęliśmy z rezygnacją - cóż, czeka nas zwiedzanie najpiękniejszego starego kościoła Rzymu w warunkach turystycznego ścisku, wśród nawołujących się włoskich szkolnych wycieczek, Japończyków cykających zdjęcia czym się da (łącznie z iPadem) i Amerykanów, którzy o Rzymie wiedzą tyle, co przeczytali u Dana Browna ("czy to ten kościół, w którym spalili kardynała? Nie? To idziemy..."). Okazało się jednak, że kolejka wcale nie stoi do kościoła, ale do "Ust Prawdy", zabytku, którego popularność wśród odwiedzających Wieczne Miasto nie przestaje nas zadziwiać. Kiedy zatrzasnęły się za nami drzwi do kościoła, tłoczący się na zewnątrz turyści, upał i zgiełk przestały istnieć. Było tylko cudownie, ascetycznie proste i klasycznie romańskie wnętrze kościoła Santa Maria in Cosmedin.
Kościół stoi w miejscu starożytnego Forum Boarium czyli "rynku wołowego", gdzie handlowano bydłem i rybami. Sama świątynie powstawała - można powiedzieć - ewolucyjnie. W VI wieku budynki dawnej świątyni Herkulesa Niezwyciężonego i dawnego Statio Annonae (czyli domu zarządcy targu) zaadaptowano na tzw. diaconię - czyli swego rodzaju chrześcijańskie centrum pomocowe dla biednych. W VIII wieku papież Hadrian I kazał zburzyć prowizoryczne konstrukcje i zbudować w tym miejscu okazały kościół o trzech nawach. Tak też się stało. Kościół został ofiarowany greckim uchodźcom z Biznacjum, ofiarom sporu ikonoklastycznego i wkrótce zaczął być nazywany schola Graeca. Grecy udekorowali kościół i od tych właśnie dekoracji (po których niestety ślad zaginął) wzięło się wezwanie "Santa Maria in Cosmedin" (słowo "cosmedin" odnosi się w grece do dekoracji, ornamentów). W XI wieku kościół ucierpiał podczas najazdu Normanów, kolejna ingerencja w jego kształt to wiek XII. W całym średniowieczu dodano do kościoła zakrystię, kampanilę i tzw. schola cantorum znajdujące się na środku kościoła. W XVIII wieku dodano do kościoła barokowy fronton, ale - całe szczęście - później go usunięto i średniowieczny portyk z VIII wieku można podziwiać do dziś. Kościół ustrzegł się od większych przebudów i redekoracji, co nas niezwykle cieszy.
Z zewnątrz trudno objąć bryłę kościoła - jego fronton ściśle wpasowuje się w zabudowę ulicy. Filigranowy, siedmioarkadowy portyk ze środkową arkadą wysuniętą do przodu sprawia wrażenie niezwykłej lekkości. Dziś stoją tu barierki starające się nadać jakiś porządek kolejce turystów tłoczących się, by włożyć rękę do słynnych Ust Prawdy. Gdyby nie wysoka, ażurowa kampanila trudno byłoby zorientować się, że stoi tu kościół, tak wpleciony jest w zabudowę, że z żadnego miejsca nie widać go w całości (no, może z powietrza), a w zasadzie to poza portykiem nie widać go w ogóle.
Zwiedzanie wnętrza rozpoczynamy od zakrystii - dziś mieści się tu sklep z pamiątkami, gdzie ci, którzy już zrobili sobie zdjęcia z Ustami Prawdy mogą sobie kupić np. małe usteczka prawdy do powieszenia na lodówce. Kupując jednak magnesik na lodówkę, pocztówki czy jakiś inny beatyfikacyjny gadżet w stylu Jana Pawła II z kiwającą główką, warto spojrzeć nieco wyżej. Znajduje się tu użyta wtórnie mozaika z VIII wieku. Fragment większej (bo o wymiarach 9x6 metrów!) całości przedstawia wycinek hołdu trzech króli. Pierwotnie mozaika znajdowała się w oratorium Najświętszej Marii Panny w bazylice św. Piotra (oczywiście tej konstantyńskiej). Ten fragment mozaiki został przeniesiony w to miejsce w XVII wieku, inne fragmenty tego samego dzieła znaleźć możemy w watykańskich grotach, czy nawet we Florencji.
Wchodzimy do środka. Wpadające przez niewielkie, rozglifione okienka nawy głównej światło jest przytłumione. Wewnątrz panuje półmrok i cisza. Zadzieramy głowy do góry - odkryta więźba dachowa, pobielone, ale ze śladami po średniowiecznych freskach na poziomie okien, ściany dają wrażenie archaiczności. Podobne wrażenie sprawiają rzędy antycznych (bo niektóre z nich pochodzą jeszcze ze Statio Annonae) kolumn rytmicznie dzielonych przez filary. Forma kościoła (trójnawowa bazylika bez transeptu, z prezbiterium i nawami bocznymi zamkniętymi apsydami, kryta stropem) jest niezwykle prosta i pierwotna, stanowi idealne tło dla "smaczków" jakie możemy znaleźć w kościele - fresków (te oryginalne znajdziemy na poziomie okien oraz na łuku tęczowym, malowidła w apsydach pochodzą z XIX wieku), posadzki w stylu arte cosmatesca, przegród chórowych i przepięknie udekorowanego schola cantorum. Pulpit, świecznik (w postaci kręconej kolumienki), tron i podstawa ołtarza to przepiękne przykłady arte cosmatesca.
Pod kościołem znajduje się niewielka, trójnawowa krypta, pochodząca z czasów budowy kościoła. W swojej konstrukcji zawiera pozostałości wcześniejszych budynków. Jej przeznaczeniem było przechowywać szczątki męczenników wydobyte z katakumb (stąd znajdujące się w ścianach nisze, przypominające te z katakumb właśnie). Z ciekawostek wspomnieć należy czaszkę św. Walentego przechowywaną w kaplicy bocznej, którą wynosi się na widok publiczny w zamerykanizowane święto zakochanych 14 lutego. Co ciekawe, św. Walenty jest patronem nie tylko zakochanych, ale również umysłowo chorych, nerwowców i epileptyków (cóż, zapewne jest w tym jakaś głęboka życiowa mądrość).
Kościół Santa Maria in Cosmedin to niewątpliwie nasz numer jeden w Rzymie. Jego proste i ascetyczne romańskie piękno głębiej zapadło nam w pamięć, niż złocenia bazyliki św. Piotra i wszystkie kolumny Berniniego. Wizyta w tym kościele to obowiązkowy punkt programu, nie mniej ważny, niż Koloseum, Forum Romanum czy Panteon. I tak jak można sobie spokojnie darować Usta Prawdy, to do Santa Maria in Cosmedin koniecznie trzeba wstąpić, chociażby na minutę. Tu bowiem doświadczyć można romanizmu w najczystszej i najszlachetniejszej postaci.
Do kościoła Santa Maria in Trastevere trafiamy późnym wieczorem - zostawiliśmy go sobie na sam koniec, bo jako jeden z niewielu rzymskich kościołów (a w zasadzie jedyny, który udało nam się zidentyfikować) otwarty jest do godziny 21.
Przez ludne Zatybrze, lawirując wśród rozstawionych na wąskich uliczkach stolików dochodzimy do placu Santa Maria in Trastevere. Kościół wygląda niezwykle klasycznie - ruda, rzymska cegła, portyk (dobudowany oczywiście w okresie klasycyzmu), kampanila. Ale co ciekawe - jest to jedno z najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie. Tu, w miejscu, gdzie w dniu narodzin Jezusa miała wytrysnąć fontanna oliwy, święty papież Kalikst zbudował w III wieku pierwszy kościół. Obecna świątynia pochodzi z XII wieku - została przebudowana przez papieża Innocentego II.
Kościół Santa Maria in Trastevere słynie ze swoich mozaik. W apsydzie i na ścianach po obu jej stronach złocą się nawiązujące do Bizancjum przedstawienia, z czego głównym jest parada świętych oddających hołd Chrystusowi i Najświętszej Marii Pannie. Poniżej mozaik znajdują się malowidła znanego nam już dobrze z Rzymu Pietra Cavalliniego przedstawiające sceny z życia Matki Boskiej. Sam kościół zachował klasyczny układ przestrzenny z rzędami jońskich kolumn, transeptem i potężną apsydą, chociaż dekoracja naw jest już późniejsza.
W kruchcie oraz pod arkadami portyku znaleźć możemy bardzo ciekawe lapidarium detali architektonicznych oraz znaków i symboli pierwszych chrześcijan (figury orantów, gołębi, pawi, litery).
Na sam koniec zwiedzania usiedliśmy w ławce i dołożyliśmy aparaty - było już przecież ciemno i zdjęcia i tak by nie wyszły. Wokoło gęstniał tłumek ludzi zbierających się, żeby śpiewać nieszpory. A potem popłynął śpiew, rozbłysły światła - i mozaiki w apsydzie ożyły tysiącem kolorów...
Z siedmiu rzymskich wzgórz pora na Eskwilin. Tu, między słynnym Złotym Domem Nerona a jeszcze chyba słynniejszą bazyliką Santa Maria Maggiore znajdujemy kościół, któremu przyznajemy miejsce pierwsze w kategorii mozaiki. To kościół Santa Prassede z VIII wieku.
Kościół Santa Prassende związany jest z historią pewnej rzymskiej rodziny - rzymskiego senatora Pudensa i jego dwóch córek - Praksedy i Pudencjany (która najprawdopodobniej nigdy nie istniała - chociaż też ma swój kościół - Santa Pudenziana, o którym możecie przeczytać w Albumie). Wszyscy oni nawrócili się na chrześcijaństwo (a właściwie zostali nawróceni przez św. Piotra) i mocno wspierali nową religię. Jednak w czasach prześladowań był to niebezpieczny proceder - siostry zostały skazane na śmierć po tym, jak pochowały ciała dwóch tysięcy chrześcijańskich męczenników. Pochowały je w studni, której miejsce dzisiaj zaznaczone jest na posadzce kościoła czerwonym okręgiem.
Podobno chrześcijańskie miejsce kultu znajdowało się tu już w II wieku, ale kościół stanął dopiero w wieku V. Dzisiejszy kościół z VIII wieku stoi na jego fundamentach. Kościół był kilka razy przebudowywany, między innymi w IX wieku przez papieża Paschalisa I, orędownika karolińskiego renesansu, który wyposażył kościół w jedyne w swoim rodzaju mozaiki. Na kościele odcisnął też swoje piętno wszechobecny barok.
Kościół Santa Prassede jest typową starą, rzymską bazyliką, o rzędzie starożytnych kolumn oddzielających szeroką i przestronną nawę główną od naw bocznych. Kościół kryty jest stropem, z potężnymi łukami oddzielającymi "pseudoprzęsła" nawy. Pod prezbiterium znajduje się niewielka krypta, z misternie zdobionym w stylu arte cosmatesca ołtarzykiem. Od zachodu do kościoła wchodzi się przez narteks, dzisiaj obudowany kamienicami, w których oknach suszy się pranie.
To, co najważniejsze w Santa Prassede - to mozaiki. W apsydzie znajduje się mozaika przedstawiająca Chrystusa w otoczeniu świętych - jest tu św. Piotr, św. Paweł, św. Prakseda i św. Pudencjana. Jest tu też papież Paschalis, w charakterystycznym, kwadratowym nimbie (co oznacza, że mozaika powstawała, kiedy portretowany obiekt jeszcze żył), ofiarowujący kościół Chrystusowi. Poniżej znajdują się charakterystyczne baranki, nieodłączny element rzymskich apsydialnych mozaik. Na łuku widzimy zastępy mężczyzn ubranych w stroje przypominające togi rzymskich senatorów, trzymających w ręce wieńce zwycięstwa, witających przybywające do nieba dusze sprawiedliwych. Ponad nimi znajdują się symbole ewangelistów. Ale to nie wszystko. I nawet nie najlepsze.
Z południowej nawy wchodzimy do kaplicy św. Zenona, którą papież Paschalis przeznaczył na kaplicę grobową swojej matki Teodory. Autor naszego przewodnika porównuje tą kaplicę do złotego pudełka z klejnotami. Lepsze porównanie nie przychodzi nam do głowy. Niewielka kapliczka wypełniona jest misternymi mozaikami w kolorach o przewadze złota. Na sklepieniu znajduje się królujący Chrystus w otoczeniu czterech aniołów. Inne mozaiki przedstawiają Matkę Boską z dzieciątkiem, świętych oraz samą Teodorę, w kwadratowym nimbie. W kaplicy tej przechowywany jest również fragment kolumny, przy której biczowany miał być Chrystus.
Kościół Santa Prassede i jego niezwykłe mozaiki to zabytek obowiązkowy dla fanów sztuki romańskiej, ale też polecamy go wszystkim tym, których w Rzymie znudził przesłodzony barok. Można tu spędzić długie godziny studiując przez lornetkę lub teleobiektyw szczegóły niezwykłego dzieła sztuki, jakim są tutejsze dekoracje. Tak, złote pudełko z klejnotami to doskonałe określenie dla tego miejsca.
Niepozorny kościółek Santa Pudenziana łatwo pominąć w amoku zwiedzania (tu Caravaggio, tu Michał Anioł, a tam znowu jakieś starożytne ruiny...), szczególnie, że w okolicy znajduje się dużo bardziej efektowna bazylika Santa Maria Maggiore czy barokowe arcydzieło Santa Maria della Vittoria ze słynną Ekstazą św. Teresy. My jednak próbując nie rozdeptać efektów pracy panów malujących linie na ulicach (jak to we Włoszech, panowie robili to oczywiście w godzinach szczytu), zbaczamy jak zwykle z kierunku zwiedzania bo to, co ma do zaoferowania niewielki kościółek przy Via Urbana interesuje nas bardziej.
Niewiele jest miejsc o bardziej starożytnych dla kultu chrześcijańskiego korzeniach, niż ten niewielki, położony znacznie poniżej poziomu ulicy (co świadczy o jego starożytności) kościółek. Jak donosi Wikipedia, pierwsze miejsce kultu datuje się tu na II wiek (pontyfikat papieża Piusa I) - w tym celu na świątynię chrześcijańską zaadaptowano rzymski dom i łaźnię. Tradycja podaje, że był to dom córki św. Pudensa (rzymskiego senatora pomagającego chrześcijanom), siostry św. Praksedy (o niej też będzie mowa), gdzie św. Piotr odprawiał Eucharystię. Najprawdopodobniej jednak święta Pudenziana nigdy nie istniała, a jej imię wzięło się z przejęzyczenia (Domus Pudentiana). Kościół ten był pierwszą siedzibą papieży do czasu, jak Konstantyn podarował Kościołowi pałac na Lateranie. Z tego właśnie kościoła (a w zasadzie z rzymskiego domu) pochodzą relikwie związane ze św. Piotrem, które dziś znajdują się Lateranie (stół, przy którym św. Piotr miał odprawiać Eucharystię) i w Watykanie (krzesło, na którym miał zasiadać).
W IV wieku, wykorzystując elementy dawnej świątyni, wybudowano na jej miejscu niewielką, trójnawową bazylikę, która w zasadzie stoi do dziś. W XIII wieku dodano do niej romańską kampanilę. Pierwotny kształt kościoła zatarły przebudowy - najbardziej ta z XVI wieku, która uczyniła wnętrze kościoła barokowym. W XIX wieku dokonano renowacji fasady - ale kolumny przy wejściu i niezwykły, romański architraw są oryginalne. Dziś podziwiać możemy wypreparowane spod barokowych tynków fragmenty muru z cegły z miejscami po zamurowanych oknach. Najstarsza część kościoła, to prawa nawa boczna i znajdująca się na jej zakończeniu kaplica (po lewej stronie apsydy) - można tu podziwiać zapadniętą, mozaikową posadzkę jeszcze z rzymskiej łaźni, którą potem przeznaczono na kościół.
Ale to, co najważniejsze, znajduje się w apsydzie - to jedna z najstarszych mozaik w Rzymie (pochodzi z końca IV wieku, z czasów papieża Innocentego I). Przedstawia Chrystusa w otoczeniu apostołów, na tle Niebiańskiego Jeruzalem, podczas gdy na niebie znajdują się symbole Ewangelistów. Ta niezwykła mozaika jest wyjątkowym osiągnięciem antyku chrześcijańskiego, na którym doskonale widać, jak świat rzymski przenika się z nowo powstałym chrześcijaństwem. Chrystus ukazany jest ubrany w złoto i purpurę (kolory cesarza), w pozie rzymskiego nauczyciela. Apostołowie przedstawieni są w strojach rzymskich senatorów, a figury Kościoła i Synagogi - jako rzymskie arystokratki. Każda z przedstawionych figur jest zindywidualizowana, przedstawiona we właściwej dla siebie pozie i z innym wyrazem twarzy. Świetliste, stonowane kolory i indywidualny charakter postaci zbliżają tą mozaikę mimo odległości czasowe bardziej do renesansu, niż do średniowiecza.
Rzym jest pełen zabytków i równie pełny chcących je zobaczyć turystów, którzy często czynią podziwianie ich (tj. zabytków, nie turystów) nieznośnym. Są jednak wciąż w Rzymie miejsca, gdzie można zobaczyć zabytki naprawdę niezwykłej wagi i nie spotkać przy tym żywej duszy. Kościółek Santa Pudenziana jest jednym z nich. Ta mała świątynka ma w sobie więcej historii, niż większość barokowych gmaszysk w okolicy.
Łagodne wzgórza Awentynu zajmują ocienione wiekowymi drzewami wille i ciche uliczki. Doskonale stąd widać Tyber i dachy Centro Storico z monumentalną kopułą Bazyliki św. Piotra na dalszym planie. Wśród czerwonych dachówek dostojnie prężą się romańskie kampanile. Jesteśmy w pomarańczowym sadzie. W ogrodzie przy kościele Santa Sabina.
Na przykładzie kościoła Santa Sabina (święta Sabina, której poświęcono kościół, była rzymską matroną, która została chrześcijańską świętą) doskonale obserwować można jak sztuka antyczna przechodzi w sztukę chrześcijańską, jak architektura chrześcijańska dziedziczy wzorce po swojej starszej, rzymskiej siostrze. Bazylika Santa Sabina - wielka, trójnawowa budowla bez transeptu i z imponującą apsydą przylegającą prosto do nawy przypomina rzymskie bazyliki, miejsca użyteczności publicznej. Jej kształt doskonale zachował się do naszych czasów, wraz z takimi szczegółami jak oryginalne maswerki okien czy niezwykłe, drewniane drzwi tak stare, jak ten kościół. W XIII wieku papież ofiarował kościół nowopowstałemu zgromadzeniu Dominikanów - przy tym kościele mieszkał przez czas jakiś sam św. Dominik i można (podobno) zwiedzić jego celę. Jest tu też polski akcent - jedna z kaplic kościoła poświęcona jest znanemu nam dobrze, chociażby z Sandomierza, polskiemu dominikaninowi św. Jackowi Odrowążowi.
Z zewnątrz kościół wygląda jak wielki hangar, masywna bryła z rudej, rzymskiej cegły, z dużymi oknami, potężną apsydą, dobudowaną w X wieku kampanilą i portykiem. W portyku znaleźć możemy kilka interesujących rzeczy - przede wszystkim drzwi. Oryginalne drzwi z V wieku, rzeźbione misternie w sceny biblijne. Możemy podziwiać tu najstarsze przedstawienie ukrzyżowania w sztuce chrześcijańskiej. Znajdujemy tu również wyblakły fresk oraz wmurowane na zasadzie lapidarium fragmenty rzymskich detali architektonicznych i symbole pierwszych chrześcijan.
Wewnątrz kościół jest cudownie pusty - rzędy korynckich kolumn podtrzymują prostą arkadę, zdobioną po rzymsku w geometryczne wzory. Powyżej - goła ściana i niezwykłe, olbrzymie okna. Skomplikowane maswerki, tak stare, jak kościół, nie są przeszklone - wypełniają je płytki selenitu, bardzo czystej i przeźroczystej odmiany gipsu. Wpadające przez owe okna do kościoła światło, daje niezwykłe efekty - srebrne "zajączki" śmigają po monumentalnych kolumnach, odpoczywają na ścianie nawy, pełzają po posadzce. Nawy boczne doświetlają niewielkie, rozglifione okienka.
Dekoracje olbrzymiej apsydy są również proste - to geometryczne wzory, znane nam dobrze selenitowe okna oraz fresk - niestety z XVI wieku (chociaż podobno dobrze oddaje tematykę i kompozycję mozaiki z V wieku, która była tutaj wcześniej). Przestrzeń prezbiterium od reszty nawy oddziela misternie rzeźbiona przegroda - jej dekoracje przywodzą na myśl wręcz sztukę celtycką. Prostota dekoracji przy jednoczesnym mistrzowskich operowaniem przestrzenią dają w tym kościele połączenie jedyne w swoim rodzaju - pełną majestatu, ale i filigranową budowlę. Bazylika Santa Sabina jest jak jej święta patronka - to dostojna, rzymska matrona o chrześcijańskim sercu.
Zwiedzanie kościoła Santa Sabina polecamy wszystkim, a w szczególności tym, którzy chcą zrozumieć korzenie sztuki romańskiej. Polecamy również widoki z ogrodu i urokliwą, sielankową atmosferę Awentynu. To naprawdę przyjemne z pożytecznym, urocze z fascynującym.
Wzgórze Celius, kolejne zielone wzgórze Rzymu. Zaraz za kościołem Santa Maria in Dominica skręcamy w zieloną, parkową alejkę. Wkraczamy w zieleń i spokój Villa Celimontana, gdzie między klombami i polankami na których odpoczywają współcześni Rzymianie jedząc ser i przegryzając pomidorem, pędzą na rowerkach dzieci wśród pisków i śmiechu. Przechodzimy przez park i nagle naszym oczom ukazuje się wspaniały widok. Niewielka piazza, romańska fasada i niezwykła dzwonnica. To kościół Santi Giovanni e Paolo.
Kościół Santi Giovanni e Paolo ma długą i bogatą historię. Po raz pierwszy został zbudowany pod koniec IV wieku przez rzymskiego senatora Pammachiusa w miejscu domu dwóch męczenników - Jana i Pawła, którzy zostali straceni, gdyż odmówili służby wojskowej (do dziś kościół ten jest mekką pacyfistów). Rzeczywiście, pod kościołem odkryto pozostałości rzymskiego domu, które można dzisiaj zwiedzać. Już w V wieku kościół ucierpiał po raz pierwszy z powodu najazdu Alaryka oraz trzęsienia ziemi. Kościół odbudował, a jakże, papież Paschalis I. Kolejny najazd, tym razem Normanów w połowie XI wieku również nie ominął kościoła Santi Giovanni e Paolo. Odremontowany wkrótce po nim, do dzisiaj miał mniej więcej spokój (nie licząc oczywiście barokowej przebudowy wnętrza, która doszczętnie zniszczyła jego romański charakter).
Kościół nawet jak na rzymskie warunki jest niezwykle duży. Układ ma klasyczny, to trójnawowa bazylika z transeptem, z prezbiterium zamkniętym monumentalną apsydą. We wnętrzu króluje barok, nie pozostały ślady nawet po oryginalnych podporach międzynawowych. Wejścia do kościoła pilnują dwa romańskie lwy, które wyglądają na oryginalne. Do kościoła przylega przepiękna dzwonnica oraz budynek klasztorny, dobudowane w XI wieku. Wysokie budynki zdobione filigranowymi biforiami, triforiami oraz tetraforiami domykają romański zaułek czyniąc z niego małe cacuszko. Od placu schodzi w dół wzgórza wąska uliczka, nad którą przerzucono przyporowe łuki kościoła. U stóp wzgórza warto odwrócić się i spojrzeć w górę na kościół i jego monumentalną apsydę ozdobioną arkadkową galeryjką.
Trochę tu nie po drodze ze szlaku głównych turystycznych wędrówek po Rzymie. I pewnie byśmy tu nie trafili, gdyby nie pomysł, żeby skrócić sobie drogę przez park Villa Celimontana. Dzisiaj, patrząc na zdjęcia, stwierdzamy, że bardzo warto tu zajrzeć i pokontemplować romańskie piękno. A potem rozłożyć się na kocu w parku zagryzając pecorino i pomidorem...
Forum Romanum i kolosalnie turystyczne Koloseum też potrafią zmęczyć. Tłumy włoskich i japońskich wycieczek, rzeka ludzi cykających zdjęcia, przekrzykujących siebie nawzajem, tworzących jedyne w swoim rodzaju zamieszanie, które w pewien sposób jest nawet sympatyczne, ale do czasu. A wystarczy odejść trochę dalej, w kierunku Bazyliki św. Jana na Lateranie, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie. Ciche trattorie ze stołami przykrytymi ceratą, mrugający neon zdobi umieszczoną w niszy w murze figurkę Ojca Pio. I dwa niezwykłe kościoły, które amator romanizmu po prostu musi zobaczyć - San Clemente i Santi Quattro Coronati. Dzisiaj będzie o tym drugim.
Skręcamy z ruchliwej Via di San Giovanni in Laterano i mozolnie wspinamy się w górę Via dei Strada Statale 4. Obchodzimy dziwną i pogmatwaną budowlę, która na pierwszy rzut oka przypomina Ruchomy Zamek Hauru lub Domek Na Kurzej Stopce (a raczej stopie! stopiszczu!). Wysoki mur, dobudówki, poprzyklejane do nieforemnej bryły jak huby do wielkiego drzewa. W końcu trafiamy na mały placyk i przez masywną bramę wchodzimy na pierwszy dziedziniec. Potem na drugi, ozdobiony kradzionymi pewnie gdzieś na Forum kolumnami. A potem trafiamy do kościoła Santi Quattro Coronati.
Jak powstał ten przeciekawy kompleks? Pierwszy kościół zbudowano tutaj bardzo wcześnie, mówi się o V a nawet o IV wieku, ku czci męczenników - czterech żołnierzy, którzy zginęli w takcie prześladowań chrześcijan. Pierwsza świątynia została jednak dokładnie zrujnowana przez najazd Normanów w XI wieku. Obecny kościół zbudował papież Paschalis II w XII wieku. Potem do kościoła przyrastały kolejne budynki, fortyfikacje i dobudówki, tworząc z niego małą twierdzę. Dzisiaj rezydują tu siostry augustianki, a miejsce to jest oazą ciszy, spokoju i zadumy.
Sam kościół ma formę niewielkiej, dość krótkiej bazyliki emporowej z transeptem. Niezwykłej ze względu na swój rozmiar (doskonale widocznej z ulicy) apsydy kościoła nie zobaczyliśmy - trwała akurat renowacja prezbiterium. Kościół jest krótki, ale dosyć wysoki. Ponad wysokimi, ale wąskimi arkadami międzynawowymi wspartymi na korynckich kolumnach, znajduje się empora, otwierająca się do wnętrza kościoła potężnymi triforiami. Ściana - majestatyczna, pobielona i pomalowana w brudnokremowy kolor - robi niezwykłe wrażenie. Całość kryta jest stropem. Nawy boczne są wąskie i ledwo zamarkowane. Do nawy przylega równie wysoki, ale krótki transept. Wyposażenie i dekoracje kościoła są skromne i jakby przykurzone, dające wrażenie patyny. Można tu podziwiać ciekawe, choć szczątkowo zachowane freski.
Z kościoła wchodzimy na krużganek. Tu naprawdę odpoczywa nie tylko ciało, ale i dusza. Ciągnące się w hipnotyzującym rytmie proste, pozbawione finezji i szaleństwa tych z San Giovanni in Laterano, rzędy kolumienek. Geometryczne wzory w kolorach czerni i czerwieni zdobią ich arkadki. Na środku wirydarza, w niewielkiej fontannie pływają złote rybki. Powyżej arkad krużganka, przez otwarty korytarz przemykają siostry w czarnych habitach. Z donic zwieszają się girlandy kwiatów. W cieniu drzemie starsza zakonnica, czekając aż ktoś kupi od niej blaknące pocztówki (jeśli krużganki są zamknięte, należy się zgłosić do klasztoru, gdzie siostry udostępnią klucz). Oprócz nas - żywej duszy. Siadamy na chłodnym kamieniu i wystawiamy twarze do słońca. Odpoczywamy. Po prostu.
Spokój tego miejsca zostaje na długo. Wracamy w milczeniu mijając różowiejące w zachodzącym słońcu opustoszałe Koloseum. Kościół Santi Quattro Coronati polecamy wszystkim tym, których zmęczyły rozkrzyczane włoskie szkolne wycieczki i śpiewające "Barkę" polskie pielgrzymki, na które można natknąć się po całym mieście. I wszystkim miłośnikom architektury romańskiej. Obowiązkowo.